Dziś blog wspiera:

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Zabójcza pycha i wieczne kłamstwo

Gdyby nie rozdzielono wizyt, to do tragedii by nie doszło - Jarosław Kaczyński.  Kłamstwo tysiąc razy powtórzone staje się prawdą - Joseph Goebbels

Jarosław Kaczyński, w przeddzień kolejnej rocznicy katastrofy smoleńskiej, znów uraczył naród swoimi przemyśleniami. Był łaskaw powiedzieć bowiem m.in. "Wiadomo, że Putin był bardzo niechętnie nastawiony do mojego brata i dużo pozytywniej do Tuska. Gdyby nie rozdzielono wizyt, to do tragedii by nie doszło. (...) – powiedział w rozmowie z Superstacją Jarosław Kaczyński. Dodał też, że „doszło do wielokrotnego łamania prawa – zarówno przed, jak i po” katastrofie smoleńskiej." (Niezależna.pl, http://bit.ly/1S2meJi)
Mamy więc powrót do wielokrotnie powtarzanego kłamstwa o "rodzieleniu wizyt". Żeby nie było złudzeń, w tym samym tekście czytamy: "Prezes Prawa i Sprawiedliwości tłumaczył także, dlaczego nie powinno było dojść do rozdzielenia wizyt Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska. "Jest jasne, że gdyby lecieli razem, to nic by się nie stało. Tam mogłyby być co najwyżej jakieś incydenty dyplomatyczne na lotnisku, czy już później w Smoleńsku. Ze względów proceduralnych prezydent jest zawsze numerem pierwszym. Tusk nie uznawał tego w stosunku do mojego brata, skądinąd mam pewne obawy, że nie bardzo to uznawał także w stosunku do prezydenta Komorowskiego. Krótko mówiąc – mogło tam dojść do jakichś zgrzytów, przecież wiadomo, że Putin był bardzo niechętnie nastawiony do mojego brata i dużo pozytywniej do Tuska. Gdyby nie rozdzielono wizyt, to do tragedii by nie doszło. (...) – mówił Jarosław Kaczyński."
Czyli, według Kaczyńskiego, premier i prezydent powinni byli lecieć razem.
Dwa lata przed Smoleńskiem, w Mirosławcu rozbił się przy lądowaniu samolot transportowy CASA. Na pokładzie, oprócz załogi, wielu dowódców jednostek powietrznych Polski. Wśród 20 ofiar byli m.in. dowódca 1. Brygady Lotnictwa Taktycznego w Świdwinie, zastępca dowódcy 22. Bazy Lotniczej w Malborku, dowódca 21. Bazy Lotniczej w Świdwinie, dowódca 40. Eskadry Lotnictwa Taktycznego w Świdwinie, dowódca 12. Bazy Lotniczej w Mirosławcu. 20 zabitych - powiedzmy soobie, że dla porównania w całej Bitwie o Anglię zginęło 28 polskich pilotów.
Po tej katastrofie, do które także doszło w wyniku lekceważenia procedur, wprowadzo zasadę, żeby na pokładzie jednego samolotu nie leciało nigdy takie zgromadzenie oficjeli.
Ba, muszę powiedzieć, że w polityce korporacyjnej, obowiązującej w firmie, w której szefowałam jakiś czas temu, a która naprawdę nie była niczym ważnym, także był zapis, że zarządowi i kluczowym menedżerom nie wolno podróżować razem, właśnie dlatego, żeby uniknąć sytuacji nagłej dekapitacji firmy.
Te praktyki cywilizacji zachodniej, zrozumiałe w normalnym świecie, są czymś wrogim i obcym Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego akolitom. Jak pijani płotu trzymają się szósty rok tej opowieści, że jakby nie doszło do "rodzielenia wizyt", i że - w domyśle, do jakiegoś "rozdzielenia wizyt doszło". A przecież, jak mówi Kaczyński w powyższym cytacie, cóż by to był za problem, najwyżej by Tusk nie był "pierwszym" na spotkaniu w Smoleńsku.
Są dwie możliwości. Albo ten człowiek kompletnie nie ma pojęcia, o czym mówi, albo całkiem cynicznie i świadomie łże narodowi prosto w oczy.
Tu pozwolę sobie na mały recykling własnego tekstu z 26 maja 2015.
***
Facebook, 26.05.2015
W natłoku regularnej codziennej politycznej kotłowaniny umknął opinii publicznej jeden bardzo stary wątek, który ma szansę znów się pojawić, i to szybciej, niż się spodziewamy.
 
Po spotkaniu polskiego premiera Tuska z rosyjskim - wówczas - premierem Putinem (prezydentem dla odmiany był Miedwiediew) w 2009 w Sopocie strona rosyjska, która wcześniej konsekwentnie ignorowała polskie obchody rocznicowe w Katyniu, postanowiła Polaków zaprosić na kolejne obchody, którym po raz pierwszy Rosjanie mieli nadać charakter państwowy, oficjalny - z udziałem premiera, transmisją w rosyjskiej TV itd.
 
Zasada rewizyty polega na tym, że ten, kto wcześniej zapraszał, jest zapraszany. Lech Kaczyński (prezydent) Putina (premiera, więc w dyplomacji stopień niższego) ignorował, zaprosił go do Sopotu Tusk (też premier). Więc zimą 2009/2010 oczywiste było, że rewizytę organizuje premier Rosji (Putin), zapraszając premiera Polski (Tuska), u którego gościł wcześniej. To norma i zasada w dyplomacji międzynarodowej - niższy rangą nie może zaprosić wyższego rangą (premier - prezydenta), chyba, że w danym kraju prezydenta nie ma (Obamę zaprasza do UK Cameron w imieniu rządu Jej Królewskiej Mości, a nie królowa, ale do Francji musi go zaprosić Hollande, a nie Manuel Valls).
 
W drugą stronę - też nie bardzo (Komorowski nie może zaprosić do Polski premiera z kraju, w którym poza premierem jest prezydent; np. z Czech może zaprosić prezydenta Zemana, a nie premiera Sobotkę; a na jedno i drugie musi mieć zgodę rządu, bo w Polsce polityka zagraniczna jest prerogatywą rządu i musi z nim być konsultowana i koordynowana).
 
Na przełomie 2009/2010 w sztabie PiS połapali się, że rok wyborczy zainauguruje tym samym nienawistny im Tusk, tworząc w ramach ukochanej przez PiS "polityki historycznej" pierwszy mocny przekaz - pojednanie polsko-rosyjskie w Katyniu.
 
Lech Kaczyński dostał spazmów - pojawiał się wcześniej w Katyniu dwa razy wyłącznie z okazji jakichś wyborów, żeby nabić sobie punktów, więc tym razem i on, i jego kancelaryjne przydupasy stawały na głowie, żeby plan rządu uwalić. Natychmiast ogłosili, że wizyta będzie "łączona", "pod przewodnictwem prezydenta". Głupszej rzeczy nie można było zrobić. Prezydent Polski po prostu nie mógł "przewodniczyć" tej wizycie, bo zasady dyplomacji mówią, że całemu spotkaniu "przewodniczy" najwyższy rangą. W tej konkretnej sytuacji oznaczałoby to, że na spotkaniu Putina z Tuskiem w Rosji szefem uroczystości jest Kaczyński. 
 
Rosjanie nie mogli się na to zgodzić, bo spotkanie odbywać się miało na ich terenie i to oni byli gospodarzami - nie chcieli nagle stać się na tej imprezie gośćmi polskiego prezydenta (a przecież od wojny w Gruzji Kaczyński nie był pupilem Ruskich, więc tym bardziej nie chcieli mu iść na rękę). Można było to jeszcze załatwić - doprosić prezydenta Rosji Miedwiediewa, który miał rangę równą Kaczyńskiemu i który mógłby oficjalnie zaprosić Kaczyńskiego, wówczas spotkanie przebiegło by w parach premier z premierem, prezydent z prezydentem. Ale trzeba by to było robić kanałami dyplomatycznymi, po cichu, żeby zaproszenie wyszło z Rosji.
 
 
Niestety, uniesiony godnością osobistą LK musiał publicznie zacząć się awanturować, że on sobie życzy być i przewodniczyć (a basowali mu w tym jego podwładni, którzy w sporej części zginęli w katastrofie razem z nim), więc sprawa była stracona, bo po tym Rosjanie po prostu już nie mogli się zgodzić, żeby im Kaczyński ustawiał, co oni robią na swoim terenie, z kim i kiedy. (Kiedyś napiszę o azjatyckiej koncepcji Twarzy, która jest częścią kultury także Rosji i pewnie też Polski, choć nasza "utrata twarzy" to nic wobec komplesków azjatyckich - no ale takie niuanse powinni znać ludzie zabierający się za relacje z Rosją, w tym prezydent RP).
 
Kaczyński stanął więc wobec trudnego wyboru: nie mógł lecieć z Tuskiem, a lecieć chciał i musiał, bo jego brat miał taką koncepcję na początek kampanii wyborczej. Więc, także dzięki ludziom PiS w TVP, w Polsce doszło do całkowitego odwrócenia rzeczywistości - oficjalna, państwowa wizyta premiera Tuska u premiera Putina, była mniej ważna, a główny propagandowy wydźwięk nadano wizycie Kaczyńskiego kilka dni później, która w rzeczywistości dyplomatycznej i faktycznie dla Rosji miała status prywatnej wizyty, bez udziału oficjalnych przedstawicieli tamtej strony (grzecznościowo jakiś minister czy gubernator wita, ale to tyle).
 
Samolot się rozbił, naburmuszony prezydent wraz z 95 innymi ofiarami tej polityki zginęli, a kłamcy i oszczercy rozpoczęli akcję opowiadania o "zbrodniczym rozdzieleniu wizyt" (w znaczeniu, że gdyby zbrodniczy Tusk nie wygonił Pana Prezydęta, to wizyta odbyła by się dwa dni wcześniej i do katastrofy by nie doszło), tak, jakby w ogóle było możliwe. Liczenie na krótką pamięć obywateli ma jednak pewne podstawy, bo dziś rzeczywiście nikt o tym nie pamięta, nawet krótko po katastrofie bredzenia o "rozdzieleniu" już nie spotykały się z ripostą.
 
Dlaczego o tym przypominam? Wybory dwa dni temu, a już dziś pojawiają się komentarze, kto będzie "przewodniczyć" polskim delegacjom w Brukseli, gdzież to prezydent Duda nie będzie latać i czegóż to i z kim nie będzie ustalać za granicą - jakby nie było konstytucji i jasnego podziału kompetencji między rządem a prezydentem. Ale jak się Duda ma zachowywać, skoro jest wychowankiem Kaczyńskiego i jego dziwnej, zakompleksionej postawy. Więc mamy niesłychaną szansę na to, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy, a na pewno od zaprzysiężenia Dudy w sierpniu będziemy świadkami błyskawicznych spięć i konfliktów "o samolot", o "godność", o "polską rację stanu". Obie strony pójdą na eskalację konfliktu, bo to jedyna szansa na mobilizację elektoratów przed wyborami parlamentarnymi. Nie, żebym wieszczyła kolejną katastrofę, wierzę, że coś jednak w polskiej mentalności się zmieniło od 2010, ale w atmosferze konfliktu (który za moment zaczną podgrzewać wściekłe psy z obu stron) bardzo łatwo będzie o inne "katastrofy", dotyczące choćby pozycji Polski w UE, przyjęcia EUR, relacji z Rosją, obronności i kontraktów zbrojeniowych. Obym była złym prorokiem. No, ale jak w wyborach parlamentarnych wygra PiS, bojowy i nadaktywny dziś Duda w cudowny sposób stanie się prezydentem od żyrandola i wręczania orderów tym, których mu prezes każe odznaczyć, więc znów wróci harmonia i współpraca. :-)
 
***
Jak widać, Goebbels miał rację, w obiegu funkcjonuje dziś teza o rozdzieleniu wizyt, a nikomu się nie chce nawet prostej kwerendy wykonać po gazetach sprzed 6 lat, no bo przecież skoro Kaczyński coś mówi, to musi być krynica prawdy i wiedzy. Szkoda, że ludzie, którzy są w kontrze do tej narracji, tak rzadko sięgają do źródeł, a tak często pozwalają na bujne krzewienie się kłamstw.