Dziś blog wspiera:

piątek, 29 kwietnia 2016

Formuła, rozdział 3

8256

"(...) Marcin Parker pismakiem został właściwie przypadkowo. Był zaraz po studiach na politologii, był rok 1992, Parker marzył, by zostać, jak po latach o tym opowiadał po kilku wódkach, ubekiem, czy raczej, zważywszy na czasy, uopowcem. Niestety czy stety, zaciągał się do UOP, a okazało się, że został dziennikarzem.

Albert Szramski zwany przez chwilowych przyjaciół i wiecznych wrogów Szramą (i to wcale niekoniecznie z powodu nazwiska), szef katowickiej delegatury Urzędu Ochrony Państwa, finalizował w tamtym czasie swoją drugą działalność. Jako były związkowy aparatczyk nadzorował z doskoku działalność lokalnego Radia Błysk, które powstało na fali demokratycznego entuzjazmu w 1989 jako rozgłośnia związkowa i powoli, po cichutku, zmieniło się w ciągu trzech lat w komercyjną stacyjkę z mniejszościowym udziałem związkowych frajerów. Swoje związkowe sprawy już Szramski likwidował, ale w radiu jeszcze czasem bywał, a najczęściej można go było spotkać w spsiałym biurowcu związkowym. 
 
Błysk było gównianym radiem, grało muzykę środka pokolenia ówczesnych trzydziestolatków przez całą dobę, więc od rana do wieczora z głośników wylewały się, w kółko, do wyrzygania, hity Queen, U2 i Marillion, The Cure i Roxette. Co godzinę, trzydzieści minut po pełnej godzinie, nadawano z taśmy serwis lokalny, który przygotowywało trzech biegających po Górnym Śląsku reporterów i dwóch wydawców w studiu oraz czytająca beznamiętnym głosem kradzione z gazet informacje Aldona. Ponieważ zwykle reporterom nie płacono, rotacja wśród załogi była spora, bo entuzjazmu młodym radiowcom starczało zwykle na kwartał, po którym chude artystki z katowickiej ASP spotykane w Szmyrowatej już nie rozkładały tak chętnie nóg na widok sfatygowanej, zalaminowanej karty z dumnym słowem "dziennikarz". 
 
Aldona była właściwie jedyną regularnie opłacaną pracownicą stacji, i fenomen ten nie wynikał z jej bezbarwnego głosu, który normalnie nadawałby się najwyżej do zapowiadania odjazdu pekaesu, a z regularnie świadczonych przez nią drobnych seksualnych usług, które sprawiedliwie rozdzielała pomiędzy trzech, no cóż, członków zarządu radia. Ich ulubionym żartem wypowiadanym na jej widok było "no i jak tam się u ciebie posuwa, Aldonko". Nie miała wielkich ambicji ani wybujałego ego, ale nawet ją to już trochę nużyło i bardzo chciała założyć własny biznes, najlepiej cukiernię na Stawowej. Tymczasem, córeczko, trzymaj się tego, co masz, bo to jest jakiś konkret, mówiła matka, więc Aldona odbierała telefony, nagrywała dzwoniących do radia świrów i trzymała się swoich trzech członków.
 
Związkowym trybutem Błysku była nadawana po dwudziestej drugiej audycja "Nasze sprawy", którą wieczorami nagrywali działacze związku. Nieporadne wypowiedzi, wygłaszane robotniczą polszczyzną z silną domieszką śląskiej gwary i akcentu były dla Szramskiego okazją do nieustających kpin, a samą audycję nazywał w gronie znajomych "Nasze zlewy". 
 
Tamtego kwietniowego dnia Szrama biegał między swoim dawnym związkowym pokojem a podnajmowanym radiu przez związek na studio obskurnym biurem. Był wściekły, dwaj reporterzy i wydawca właśnie rzucili mu na biurko wypowiedzenia i powierzone mikrofony, a on, wciąż formalnie dyrektor stacji, nie wiedział zupełnie, co dalej, zwłaszcza, że najzwyczajniej w świecie musiał wracać do siedziby delegatury UOP, gdzie jego niedokończone radiowo-związkowe historie budziły oficjalnie troskę, a nieoficjalnie - pokątne szyderstwa.
 
Nagrany materiał wystarczał na puszczanie w kółko wiadomości przez mniej więcej dwie godziny, Aldona mogłaby jeszcze do szesnastej urozmaicać kolejne emisje "Bohemian Rhapsody" nagraniami co głupszych telefonicznych wypowiedzi słuchaczy, ale później już ludzie się zaczną orientować, że coś jest nie w porządku.
 
I wtedy do pokoju wszedł Parker, który postanowił poszukać szczęścia i uderzyć do szefa delegatury UOP, by spełnić marzenie i zostać demokratycznym ubekiem. Stanął w progu i chrząknął.
 
Szrama podniósł wzrok znad sterty maszynopisów.
 
– Spierdalaj, człowieku - powiedział. Albert Szramski był znany ze swojej bezpośredniości, zwłaszcza, gdy był zajęty. Wrócił do lektury, drąc papiery, choć to bez sensu, to wszystko w zasadzie mógłby zabrać do tego drugiego biura, do Urzędu, jak wszyscy myśleli i mówili w skrócie, i wrzucić w profesjonalną mielarkę do akt. Tylko jakiś wózek by się przydał, żeby to zwieźć na parking i popakować w służbowego subaru.
 
– Chciałbym dla was pracować – wystękał tymczasem niezrażony Parker. Stał w drzwiach, patrzył wyczekująco, zasłaniał sobie dłońmi krocze jak piłkarz w murze przed wolnym. Szrama z niedowierzaniem ponownie na niego spojrzał.
 
– Przecież mówiłem, żebyś spierda... – przerwał, przypomniał sobie coś. Na biurku leżały te zasrane mikrofony, minidyski, słuchawki i wypowiedzenia.
 
– Umiesz nagrać dźwięka? – spytał rzeczowo, siląc się na uprzejmość. Przechylił nawet w bok głowę, co w jego opinii przydawało mu sympatycznego wyglądu.
 
Parker zasadniczo marzył o pracy w kontrwywiadzie albo przynajmniej jako analityk, ale w sumie mógłby zacząć od czegoś innego. Mogły być nawet podsłuchy.
 
– Dam radę.
 
– To jesteś przyjęty. Bierz to i idź mi ponagrywać ludzi na rynku, kurwy na Mariackiej, hajerów pod kopalnią, co tam myślą o sytuacji, jak widzą te teczki agentów, rząd, pogodę, pierwsze komunie, co w wakacje chcą robić, wszystko jedno. Trzydzieści dźwięków, każdy po trzydzieści sekund do minuty. Wróć o trzeciej i do trzysta siedem po umowę. A teraz, jak już mówiłem, spierdalaj.
 
Marcin Parker wykonał zadanie sumiennie, a kiedy wrócił jak na skrzydłach i oddał nagrania, i pobiegł do trzysta siedem, ku swemu zaskoczeniu dowiedział się, że został dziennikarzem Radia Błysk na okres próbny trzech miesięcy. (...)"
 
Johanna Haase, "Formuła", 2016