Dziś blog wspiera:

piątek, 15 kwietnia 2016

Żłobek, Bieszczady (1996)

– Gmina nasza składa się z szesnastu wsi, z czego osiem jest jeszcze zamieszkałych, a osiem całkiem już opustoszałych – opowiada wójt Podraza w swetrze w serek.

Żłobek, gmina Czarna, województwo krośnieńskie. Bieszczady. Trzy-cztery kilometry do ukraińskiej granicy przez góry. Przewodnik mówi, że jest tu dwadzieścia osiem domów, a mieszka w nich 148 ludzi.
Żołobek, (obecnie Żłobek). Wieś lokowano przed 1580 r. na północno-wschodnim skraju dóbr Kmitów. W maju 1919 r. oddział polski stoczył tu zwycięską potyczkę z kompanią wojska ukraińskiego. W 1921 r. Żołobek liczył 42 domy i 251 mieszkańców (241 wyznania grekokatolickiego i 10 wyznania mojżeszowego). W latach 1945-51 w granicach ZSRS, później osiedlili się tu osadnicy z Jasielskiego i Lubelszczyzny (...)”.
5004eec1947rokOstateczne rozwiązanie kwestii ukraińskiej i łemkowskiej. Fot. Archiwum.

Koniec Polski

Ale po kolei. Pomysł nie był oryginalny, wręcz przeciwnie – chciałem kontynuować stające się tradycją świąteczno-noworoczne włóczęgi reporterskie z poprzednich lat. W tym roku z urzędowego „Spisu Miejscowości w Polsce” wybrałem dwie miejscowości – Stajenkę i Żłobek. Wypadła reszka. Żłobek.
Jak wygląda życie w Żłobku, jak wygląda świat ze Żłobka? Co to za miejsce? Jacy ludzie tam żyją?
Do pospiesznego do Zagórza w Katowicach wsiada ze dwadzieścia osób. W Krakowie dosiada się następna dziesiątka. W Tarnowie jeszcze ze dwie osoby. Potem już nikogo. Nad ranem, ale to zima, więc wciąż ciemno, w Sanoku wysiadam sam.
Na dworcu PKP posapuje jakiś pijaczek na ławce, bełkotliwie tłumacząc, że on tu może spać, bo ten dworzec budował. Na dworcu PKS, za torami, zbierają się pierwsze licealistki. Tak właśnie myślę, „licealistki”, kiedy widzę, jak od samego rana pożyczają nawzajem od siebie zeszyty, przepisują zadania, wkuwają słówka. Choć oczywiście mogą być z technikum drzewnego, czy skądkolwiek. Na Boga, dochodzi dopiero szósta rano, o której one wstały?
Wewnątrz blaszanego budynku dworca autobusowego wisi na ściane plan miasta. Dostrzegam go dopiero po chwili, no bo plan, jak plan, zwykle na dworcach jakiś wisi. Ten jest inny. To jest... plan Sanoka dla bezrobotnych z okolicznych wsi, dojeżdżających autobusem po zasiłek. Plan jest pod hasłem „jak najkrótszą drogą dojść po zasiłek do RUP”. Estetyczna rzecz, cudnej przejrzystości, z wykropkowanym szlakiem, jak iść, by po drodze nie ulec pokusie jakiej roztrwonienia zasiłku.
W spożywczaku na rogu plakat na szybie, egzotyczny plakat. „Promocyjna sprzedaż chleba”. Dwadzieścia po szóstej, autobus do Ustrzyk Dolnych. Nim zatrzasną się za mną drzwi, jakaś ręka wrzuca do autobusu paczki gazet. Na jednej ktoś nabazgrał na niebiesko „Czarna”.

Termos, czesterfildy, stacja Ustrzyki

Ustrzyki, blady świt, czuć w powietrzu górski las. Na malutkiej stacyjce rozkładają pierwsze skarpety przybysze z Ukrainy. Na drzwiach stacji nalepka „Uwaga - obszar kontrolowany przez Puszczę Walczącą! Myśliwi, zajmijcie się regulacją własnego stada!” Wygląda prawie urzędowo.
tsn.uaDwa pociągi dziennie odchodzą stąd do Chyrowa na Ukrainie. Normalnie szła – jeszcze CK galicyjska – kolej bezpośrednio z Ustrzyk do Przemyśla, ale jak granice nagle się przesunęły, większa część linii znalazła się za granicą, obie jej stacje początkowe zaś – w Polsce. W połowie linii do Przemyśla jest Chyrów. Teraz można dojechać tam pociągiem, do Chyrowa polskim, a w Chyrowie można próbować łapać ukraiński do Przemyśla. „Zakerzonśkyj Kraj”, tak Ukraińcy mówili po wojnie na ten kawałek Polski, czyli „leżący za linią Curzona”.
Piję kawę z termosu, palę papierosa, grzeję dłonie o parujący kubek. Rozglądam się po oknach budzącego się do życia domu obok stacji. Na pierwszym piętrze brunetka odziana tylko w czarny biustonosz. Przecieram oczy, patrzę raz jeszcze, naprawdę tam jest. Pogryza w zamyśleniu rogalika i kiwa dłonią komuś na przystanku. Obok mnie, kilka metrów dalej, stoi facet w zielonym garniturze, też z rogalikiem, uśmiecha się słabo, patrzy na nas, wie, że my wszyscy widzimy, jak mu ta roznegliżwana bogini macha. Kiedy autobus podjeżdża, wsiada razem ze mną, mocniej nasuwa czapkę. Do autobusu trafia też ta paczka gazet do Czarnej, i jeszcze jedna, do Lutowisk.
Trochę trzęsie, trochę zimno, ale nie ma jeszcze śniegu. Próbuję coś dojrzeć przez zaparowane szyby, trochę drzemię.

Machniom...?

Cały ten fragment Polski jest krócej w obrębie obecnych granic kraju niż reszta naszego terytorium. W powojennym układzie granicznym z ZSRR Ustrzyki Dolne, Lutowiska i Czarna – wraz z całym Żłobkiem – znalazły się na terenie Ukraińskiej SRR. Pod koniec lat czterdziestych w Moskwie skalkulowano, że bardziej są Sowietom potrzebne kopalnie pod Sokalem i, jak to zostało ładnie nazwane, „zaproponowano wymianę”. Polska w 1951 r. oddała ZSRR Sokal, Krystynopol, Bełz, Waręż i Uhnów, otrzymując w zamian ten kawałek zadupia w Bieszczadach. Główną jego wartością miała być zresztą kopalnia ropy naftowej w Czarnej, dziś bez znaczenia gospodarczego. Wówczas jednak Rosjanie zażądali za nią zapłaty w złocie, i ją dostali.
Po polskiej stronie Bieszczad kończyły się w tym czasie represje wobec Ukraińców, bo kończyli się i sami Ukraińcy. I nagle, wśród cichnącej palby wystrzałów, w nasze ręce trafiły trzy gminy, zupełnie opustoszałe, choć z zabudowaniami, z licznymi jeszcze zabytkami oraz z niemal kompletnie zrujnowanymi przez kilka lat socjalistycznej gospodarki lasami. Czterysta osiemdziesiąt kilometrów kwadratowych. Wszystkich, którzy tu mieszkali, Sowieci wysiedlili, nim teren wrócił do Polski. Wszystkich. Zabrali wszystko, co dało się zabrać: dźwigi, furmanki, samochody, wagony, maszyny rolnicze, żywy inwentarz, zebrali zasiewy. Do Polski trafiła pusta, bezludna ziemia. Z 2600 mieszkańców powojennej sowieckiej Czarnej wróciło tu po wymianie terytoriów 21 rodzin, mniej, niż 100 osób.

Problemy są zwalczane

– Wstawaj pan, Czarna! – kierowca pekaesu potrząsa mną zniecierpliwiony. Jestem jedynym pasażerem, który dojechał tą linią dziś aż do Czarnej. Gramolę się z autobusu, za mną, między psy i kury, ląduje w kurzu paczka gazet. Trzy „Wyborcze”, pięć „Nowin”, „Rzeczpospolita” dla urzędu gminy.
W urzędzie gminy trwa akcja walki z alkoholizmem oraz rozwiązywanie problemów alkoholowych i psychologicznych ludzkości. Specjalistyczny Ośrodek Interwencji Socjalnych przy Domu Pomocy Społecznej w Krośnie zwraca się do społeczeństwa poprzez tablicę ogłoszeń „z uprzejmą prośbą o zapoznanie”.... Ośrodek świadczy pomoc psychologiczną i prawną dla ludzi w kryzysie. „Porady i konsultacje psychologiczne udzielane są osobom, które własnymi siłami nie mogą rozwiązać swoich problemów w życiu osobistym, rodzinnym lub szkolnym. Pomoc prawna świadczona jest z zakresu kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, z zagadnień ustawy o zatrudnieniu i bezrobociu, w kwestii świadczeń, ubezpieczeń społecznych, zasiłków, rent i emerytur.” Staje mi przed oczami wizja, jak drwal gdzieś spod Przełęczy Łupkowskiej dręczony kryzysem wieku średniego rusza pekaesem do miasta wojewódzkiego Krosno, by poradzić się psychologa. Psycholog w odrębnym piśmie dodaje, że główne problemy, z jakimi zgłaszają się do niego mieszkańcy gminy, to jednak problemy alkoholowe. Z badania wynika, że alkoholizm podopiecznych sprawia też najwięcej kłopotów pracownikom służb społecznych. Podejść bowiem do podopiecznego z probemem alkoholowym czasem po prostu strach. „Osobom dotkniętym w jakikolwiek sposób chorobą alkoholową potrzebna jest profesjonalna pomoc”, ujawnia bezkompromisowo w piśmie do gminy kierownik magister psycholog Grzegorz Gościński. Wychodząc naprzeciw problemom alkoholowym kierownik wyznacza poniedziałki i czwartki od godziny do godziny na rozwiązywnie.
Ale oczywiście rzeczywistość nie musi być wyłącznie czarna. Do Czarnej przyszło bowiem pismo ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w dalekiej Warszawie. SGGW uruchamia podyplomowe Studium Integracji Europejskiej w dziedzinie gospodarki żywnościowej. Można się zapisywać. Trzeba mieć dyplom magistra i 2100 złotych, czyli ze cztery tutejsze pensje. Oczami wyobraźni widzę te tłumy magistrów z Czarnej ruszające na podyplomowe studia do SGGW.

Osiem pustych, osiem pełnych

Wójt gminy Czarna Władysław Podraza urzęduje na pięterku. Kiedy wchodzę, odziany w sweterek w serek młynkuje właśnie palcami za biurkiem i spogląda w stronę ściany sklepu, na której nieuprzejmie napisano sprajem „Precz z wójtem!” Sklep jeszcze lepiej wygląda z przodu. Ma takie duże kwaratowe okna na piętrze i na parterze. Ponieważ ktoś bardzo chciał, żeby Czarna wyglądała godnie, namalował na oknach na piętrze wielkie litery „DOM”, po jednej na każdym oknie. A na parterze, też po literze na okno, „HANDLO”. Więcej okien nie było, bo się budynek skończył, a malujący zapomniał przed malowaniem te okna policzyć. Więc Czarna ma „Dom Handlo”. Co Czarna ma jeszcze?
– Bieszczadzka nędza? – Podraza zastanawia się, gdy przywołuję telewizyjne obrazki dzieci proszących o kromkę chleba. – Trochę z tym przesady. Mieszkam tu trzydzieści dziewięć lat, znam paru mieszkających tu nawet dłużej, ale wiem, że to nie jest najgorsze miejsce na świecie. Jasne, trzeba czasem więcej pracy włożyć, ale jak się komu chce...
Dochodzimy przy tym do konkluzji, że wielu się właśnie nie chce. Najgorzej, mówi wójt, z tymi z czasów Igloopolu czy kombinatu drzewnego w Ustianowej. Przyszedł kombinat, przekonał, że na ziemi, że na wsi można pracować osiem godzin, od siódmej do trzeciej, dostać za to pensję, stołówkę, wczasy i przedszkole dla dzieciaka. No to jak się taki Igloopol zawalił, to te sieroty po nim do dziś tak się snują, tu podłapią jakiej roboty, tam jakiejś innej, aby za parę groszy popracować, ale przy tym się nie przemęczać. Chcieli im dawać z funduszu ziemi jakichś nasion na zasiewy, dołożyć hektarów, krów czy owiec, kredytów na maszyny, ale mało kto chciał brać, bo tylko głupi będzie robił na roli, skoro może za jakiś czas nowy Igloopol przyjdzie? A na razie można do lasu, drzew pozrywać, trochę legalnie, trochę nielegalnie, kto się w tym rozejrzy. Tak, że bezrobocie, redaktorze, nie jest najwyższe już dzisiaj, było ze dwadzieścia cztery procent, a teraz najwyżej osiemnaście. Najgorzej z pracą dla kobiet, bo poza urzędem czy sklepem, to nie ma dla nich pracy. A z mężczyznami to tak, że niby bezrobotni, ale jakby próbować teraz z dziesięciu skrzyknąć, toby był problem.
Bo, prawda jest taka, te ziemie nie bardzo są tych ludzi, co tu mieszkają, a ci, co tu mieszkali, i mieli jakiś stosunek do tych jałowych zagonów, hodowali owce, kozy, krowy, uprawiali zboża i ziemniaki, dbali o lasy i wody, no więc tych już tu nie ma. To znaczy, czterdzieści pięć lat po wymianie terenów dorasta tu już trzecie pokolenie, i to trzecie pokolenie, co teraz ma 5 lat, za jakieś 25 lat w końcu będzie "stąd", i wtedy może coś się zmieni.
– Gmina nasza duża, 180 kilometrów kwadratowych, składa się z szesnastu wsi, z czego osiem jest zamieszkałych, a osiem opustoszałych – opowiada wójt Podraza. Takie zdanie zapada w pamięć.
- Jak w roku 1951 tereny te objęła Polska, to nie było tu żadnych mieszkańców. Trochę przyjechało osadników, z okolic Tomaszowa Lubelskiego, z innych części Polski. Przed wojną w gminie Czarna mieszkało 13 tysięcy ludzi; mówimy, redaktorze, „ludzi”, ale, prawda, część to byli Żydzi i Ukraińcy, więc nie da się ich tak po prostu doliczyć, bo te populacje jakby trochę nam odpadły.
Teraz mieszka tu najwyżej 2400 osób i ten stan się utrzymuje, bo, jak wójt ostatnio zauważył, co roku jakaś czterdziestka nowych w gminie rodzi się, a inna czterdziestka starych bezpowrotnie, można by rzec, umiera. Osiem wsi, do których po 1951 nikt się nie wprowadził i powoli zarosły lasem – Tworylne, Paniszczew, Wola Sokołowa, Serednie, Rosochate, Rosolin, Chrewt, Olchowiec – sukcesywnie, jedna po drugiej, przekazywano nadleśnictwu. Na zalesienie. Teraz są to głównie nazwy lasu na starych mapach.

Ujek z Heńkiem

Restauracja „Górska” w centrum Czarnej przypomina betonowe pudełko do butów, a też i pachnie jak buty alpinisty, czemu może zawdzięcza nazwę. Królewna za barem robi wielkie oczy, jaki bigos, panie, to jest lokal!, a nie jakiś bar gastronomiczny, tu można tylko wypić, panie, kultury trochę. Pięćdziesiątka wyborowej z herbatą, bo do wyboru jest jeszcze jedno piwo, dwie inne wódki oraz trzy tak zwane wina. Byleby za plecami była ściana, nie siadam w takich miejscach plecami do sali, mrużę oczy pod wpływem słonecznych promieni próbujących się przebić przez mętne powietrze „lokalu”, szukam w kieszeniach pomiętej paczki z czesterfildami. Siedzą tam pod oknem, jak widzę i słyszę, Ujek, Heniek i Waldek. Waldek może mieć z siedemdziesiąt lat albo czterdzieści, ręce mu się trzęsą i co chwilę rozlewa, więc Ujek z Heńkiem go w końcu wyganiają nieuprzejmie, wypierdalaj marnowaczu towaru, mówią mu na odchodne. Ujek i Heniek mogą mieć po lat trzydzieści albo pięćdziesiąt, w wełnianych czapeczkach przyrośniętych do sfilcowanych włosów na głowych, we flanelowych koszulach na swetrach na drelichach na flanelowych koszulach na bieliźnie. W gumofilcach. 
Problem się tyczy tego, że pod lasem koło Hoszowa ludzie znaleźli rozkładające się ciało dziewięćdziesięcioletniej Margeritte, która mieszkała w Liskowatem. Margeritte przyjechała tu z Francji albo z Niemiec i mieszkała tu chuj wie po co, bo jakby taki Heniek był z Francji, to by tu na pewno nie przyjechał, a jak by przyjechał, to by zaraz wyjechał. A Margeritte przyjechała z 50 lat temu, nie wyjechała, no i ma właśnie za swoje, to się tak musiało skończyć, te głupie przyjeżdżania z Francji.
Wyszła bowiem Margeritte z domu w lipcu i od tej pory – aż do teraz, a jest, panie, kurwa, koniec grudnia – nikt jej nie widział, a że dopiero teraz ją zobaczyli, to ją już po fikuśnym francuskim ubraniu głównie poznali.
I tu Ujek wysnuwa niezwykłą paralelę. – Patrz, kurwa, Heniu, zupełnie jak z niedźwiedziem. 
– Z jakim niedźwiedziem? – Heniek wydaje się być oszołomiony. 
– No z tym ze Strubowisk, co go w lesie nieżywego znaleźli, od kłusownika ubitego. 
– I co było takie samo? 
– No też tylko po skórze poznali, że to niedźwiedź.
Awantura, ciągle bez zahamowań podsłuchuję, z niedźwiedziem jest chyba większa, bo nadleśnictwo chciałoby spreparowaną skórę dla siebie, między trofea, a muzeum parku narodowego chciałoby ją na wystawę i uważa przy tym, że umieszczanie skóry chronionego niedźwiedzia u leśników między tymi okazami legalnie odstrzelonymi jest dwuznaczne informacyjnie, bo potem ktoś pomyśli, że niedźwiedzia też odstrzelili. A leśnicy na to, że zrobią tabliczkę i historię znalezienia skóry detalicznie opiszą, i nie będzie dwuznacznie.
- A jak dobrze, Ujek, żeśmy tego auta nie kupili - Heniek pokazuje za oknem furę załadowaną drewnem, zaprzężoną w dwie dychawiczne szkapiny. - Boby tera auto ważyło leciuśko ponad 10 ton i by trzeba było z Ustrzyk do Żłobka robić objazd 60 kilometrów, jak ten mostek zamkli. A kuniem wszędzie dojedzie, bo co tam taka fura z kuniem waży, nic.

Metoda Maliszewskiego

Wychodzę, rześkie powietrze niemal ścina z nóg. Na głównej ulicy gminy oglądam te dwa zabiedzone konie, kiedy robię im zdjęcie, słychać jakieś wrzaski za plecami i strzelanie z bata. Oglądam się, to Ujek z Heńkiem biegną wrzeszcząc „zapłać za zdjęcie”, „oddawaj kliszę”, „płać za kunia”. W kieszeni namacuję chłodny metal pojemnika z gazem, wolno cofam się tyłem, kątem oka widzę najeżdżający pekaes, Ujek odpada pierwszy, Heniek jeszcze chwilę wygraża za autobusem.
Przy wjeździe do Żłobka, tam gdzie tablica drogowa, ktoś namalował białą farbą na asfalcie „Welcome To Żłobek”. Cerkiewka, malutka, drewniana, ma adres „Żłobek 6”. Podobno pochodzi z 1830 roku, podobno do 1976 r. służyła jako magazyn szyszek. Naprzeciw, po drugiej stronie drogi, mały kamienny krzyż-kapliczka, miejsce po cerkwi jeszcze starszej. Teraz cerkiewka jest katolickim kościłem filialnym, ksiądz tu co jakiś czas przyjedzie mszę odprawić, a prawosławne to do Ustrzyk jeżdżą, tam te ich popy do nich przyjeżdżają. Ale pawosławnych nie ma wiele, parę rodzin na całą gminę, a w Żłobku to już ani jednego.
Poland_Zlobek__wooden_church
Cerkiew w Żłobku. Fot. Merlin/Wikipedia.
– Jaki obiekt pan fotografuje? – słyszę rzeczowo urzędowym tonem pytanie zadane za plecami. Plutonowy straży granicznej obraca przez chwilę w rękach moją legitymację, notuje sobie nazwisko i salutując do beretki znika we mgle. 
W Zajeździe Przy Kominku, przy piwie odbywa się dyskusja, jak wyglądać będzie wigilia w Żłobku. Dziewczyna podaje mi kartę, z przekąsek są tylko ośmiornice. Wybieram tradycyjną bieszczadzką potrawę regionalną „polędwica po marynarsku”. Siedmiu bieszczadników brudnych jak noc erotomana rozprawia nad metodą przeczekania tych świąt. Maliszewski ją wymyślił, na jedne święta dobra.
Maliszewski byka zabił, pięć hektary pola jednemu z Katowic sprzedał i wódki państwowej dwie skrzynki w legalnym sklepie nakupił. Byka zaraz wywiesili na drzwiach od stodoły, poderżnęli gardło, krew pięknie zeszła. Teraz mięso solą w beczkach, warstwa soli, warstwa mięsa, warstwa soli. Lepiej byka zabić i samemu zjeść, niż sprzedawać. Kudłaty w październiku dwa byki zabił i odstawił, co to było, dwadzieścia milionów, ledwie na długów spłacenie i na miesiąc życia.
Ale to pole, co z polem Maliszewskiego? A na chuj komu teraz pole? Co z tym polem robić? A tak, sprzedasz jakiemuś z Polski, domek sobie postawi, jeszcze parę groszy dołoży za pilnowanie, a i ty coś z tego masz, bo taki frajer przyjedzie trzy razy do roku, a ty masz za darmo drugi domek do pomieszkania czy nawet żeby turystów przyjąć, jak właścicieli nie ma. 
Maliszewskiemu poszło te pięć hektary za pięćdziesiąt miliony. To ma teraz chłop za co żyć z rodziną przez rok? A zaś tam, ino bankowi długi popłacił, zostało na tę państwową wódkę i dzieciskom na jakąś czekoladę pod choinkę. Zakupów teraz robić długo nie będzie, może chleba Maliszewska kupi czasem, bo mięcha jest, a i już ziemniaczków dostali z opieki, i cebulę, i od księdza worek grochu, i mąkę.
A wódka z kolei od ludzi lepsza niż ta z Ukrainy. Bednarek pod lasem robi, nawet szesnaście razy filtruje, samo zdrowie krystaliczne mu wychodzi, a nie ta wstrętna samogonia od przemytników, albo ten niby koniak bejcą barwiony.

Szkoła

Szkoła jest w Żłobku niewielka. Ot, mały brązowy domek nad drogą przez wieś, zaraz obok cerkiewki. Na ganku jeszcze stara tabliczka z ukraińską nazwą miejscowości „szkoła podstawowa w Żołobku”. Dwie małe głowy ciekawie wychylają się przez drzwi, kiedy podchodzę bliżej.
„Pokój nauczycielski” to pomieszczenie, które łączy także funkcje „kantorku”, „kuchni” i palarni. Wszystkiego – półtora metra kwadratowego, siadamy z nauczycielką, Ireną Brukało, w tym czymś wielkości szafy i rozmawiamy.
Dzieci są wyraźnie podekscytowane. Cała szkoła to dwudziestu kilku uczniów, ale o tej porze została już tylko klasa trzecia, pięcioro. Agnieszka Nóżka, największa, najbardziej rezolutna, Marcin Świszcz i Tobiasz Kiełbasa, bliźniaczki Iwona i Ela Czernatowicz. Miała być chyba matematyka, ale przyszedł pan redaktor i zagadał panią nauczycielkę. Więc teraz biegają, żeby coś podsłuchać, podejrzeć, a przecież trzeba jeszcze i gąbkę namoczyć, i przypomnieć pani, że obiecała dzieciom zrobić herbaty. A dzieci lubią herbatę, bo wtedy robi się cieplej, i jest tak miło, i słodko, i jakby trochę w domu.

Za mężem

Szkoła była tu jeszcze przed wojną, też taka trzyklasowa, z łączonymi klasami. Dziś też jedna nauczycielka uczy równocześnie trzy klasy, kilkanaścioro dzieci, po prostu trzeba różnej trudności zadania zadawać różnym dzieciom. Irena Brukało przyjechała tu za mężem, z miłości, dwadzieścia lat temu, z Płocka. Męża rodzina była z Kresów, wszyscy mieli wpisane do dokumentów „ur. w ZSRR”, no i do siostry w odwiedziny mąż przyjeżdżał do Płocka. Tam się poznali, a potem zaproponował, żeby rzuciła ten Płock i przyjechała z nim w Bieszczady. Dawali mieszkanie przy szkółce w Rabem, tuż obok Żłobka, więc zamieszkała tam z mężem. Przyjechała w 1976, na rok, myślała, może na dwa lata, siedzieli ciągle na walizkach, że to niby tylko na chwilę. Potem szkołę w Rabem zamknęli, ale jej mieszkanie zostawili. Potem, po prawie dwudziestu latach, okazało się, że Irena Brukało może zlikwidować wkład mieszkaniowy na mieszkanie spółdzielcze w Płocku oraz pobrać premię gwarancyjną, więc dwa lata temu wykupili na własność za to stary budyneczek szkoły w Rabem. Teraz może, jak wyremontują, będzie dodatkowych parę groszy z turystyki.
Wigilię tu się celebruje, ale nie jakoś inaczej niż w reszcie Polski. No, w niektórych domach kutię zrobią, ale to rzadko. Barszcz z uszkami, kapusta z grochem, raczej jak wszędzie. Ciasto, co się zebra nazywa. Najpierw leje się warstwę ciasta zwykłego, o kolorze ciasta, a potem trochę takiego z dodatkiem kakao, i to jest właśnie zebra. U wójta Podrazy na ten przykład w domu wigilię zaczyna się od posolenia i przegryzienia ząbka czosnku. Ryba karp dobrze żeby była, ale odkąd trzeba kupić, odkąd Igloopol nie rozdaje, z rybą różnie bywa. A tak w ogóle, to ludzie tu zewsząd, a najmniej miejscowych, więc jakichś lokalnych potraw jest niewiele.
Nauczycielka Brukało pali mocne papierosy i pije mocną herbatę. Nie ma w jej głosie entuzjazmu, kiedy rozmawiamy o tym, jak się żyje w Żłobku, w miejscu, skąd wszyscy uciekają. Jej starszy syn studiuje na politechnice w Rzeszowie, trzeba go jakoś utrzymać. – Sądzi pani, że syn po studiach będzie chciał tu wrócić? – pytam. – Ależ oczywiście, że nie! Żadnej przyszłości tu nie ma. Połowę poborów oddaje temu studentowi, co i tak wystarcza na utrzymanie w mieście tylko na skromnym poziomie. Młodszy, chodzi do liceum do Ustrzyk, też potem chce iść na studia i potem jak najdalej stąd.
To i tak wyjątek, ostatecznie – nauczycielska rodzina. Większość młodych idzie do wielobranżowej zawodówki w Ustrzykach Dolnych. Jak sobie uczeń załatwi praktykę w stolarni, to mu zawodówka da papier, że skończył kierunek drzewny. Jak załapie się dzieciak gdzieś w restauracji na kelnera, to formalnie skończy szkołę o kierunku gastronomicznym. Bo co, rolnikiem zostać? Ziemie piątej, szóstej klasy, a jeśli nawet ktoś na własne potrzeby ziemniaków nasadzi czy kawałek obsieje, to i tak mu dziki wszystko zjedzą. Może jedyną szansą jest zostawienie resztek zdziczałych mieszkańców i zarastającej wszystko przyrody, i stworzenie bantustanu dla turystów. I tak to się kręci. – Zresztą, ja nie potrafiłabym wrócić do miasta. Przeszkadza mi hałas.

Misia, koparę, coś słodkiego

Iwona, Ela, Agnieszka, Marcin i Tobiasz są ze Żłobka. Tobiasz pokazuje zeszyt do ćwiczeń z polaka. „Nasza rodzina tej jesieni zebrała 1147 grzybuw w ciągu 4 dni”. Ich świat jest jeszcze prosty i konkretny. Tata Agnieszki prowadzi zakład usług, a Agnieszka ma dwie łazienki w domu, więc w jednej może pływać karp w wannie. Mama Agnieszki była nawet u papieża we Włoszech. 
Ela jeszcze się wywala na nartach, a razem z siostrą jeżdżą co jakiś czas do rodziny w Tatrach. Mama bliźniaczek „sprząta na kamieniołomie przed Lutowiskami”, cokolwiek to znaczy. Tatuś też tam pracuje i strzela dynamitem. Dynamitu do domu nie przynosi, bo się boi i nawet samochodem wozić dynamit strach.
Mama Tobiasza sprząta w szkole w Żłobku na pół etatu, a tato stróżuje w ośrodku kopalni nafty i gazu w Czarnej. Tobiasz wie też, jak wygląda prawdziwa kopalnia, bo mają taki rysunek w czytance. Tobiasz był nawet w Lublinie i w Rzeszowie.
Tata Marcina „drzewa zrywa w lesie, a mama nic nie robi”. Ustalamy, że Marcin zjadł rano śniadanie zrobione przez mamę i portki mu ostatnio wyprała, więc jednak coś robi.
W Wigilię to najważniejsze są jednak prezenty. Trzeba pamiętać, żeby sianko pod obrus z mamą położyć, ale najlepsze byłyby prezenty. Prezety byłyby najlepsze z misiami. Do misiów przyłączają się wszyscy, nawet Marcin po chwili wahania. Agnieszka woli misia, bo na lalkę to już, jak zapewnia, jest za dorosła, w końcu, kurczę, niedługo będzie mieć 10 lat. Tylko Tobiasz chciałby auto, najlepiej koparę, albo może takie z migającymi światłami. I wszystkie dzieci chcą dostać jakieś słodycze, bo tu nie ma sklepu i nigdy nie ma okazji, żeby tak sobie wziąć uzbierane pieniążki i batonik albo czekoladę kupić sobie w drodze do domu i gdzieś pod kocem zjeść, a przecież słodycze są po to, żeby je dzieci mogły sobie pod kocykiem zjeść.
Wychodzę, dzieci wybiegają do domów, upiekło im się z tą lekcją. Nauczycielka Brukało zamyka szkołę-domek i idzie na ostatni o tej porze pekaes. Zaciskam mocniej szalik, zmierzcha się, zrywa się wiatr.
Marcin Parker, 1996
PS. Od Autora: W 2012, 16 lat później, w Paniszczowie, w 1996 bezludnym, stoi 1 dom i mieszka w nim 1 osoba. W Seredniem - jeden dom i cztery osoby. Chrewt - jeden dom i 3 osoby. Olchowiec - 2 domy, 10 osób. Gmina liczy niestety nadal około 2400 osób. Czarna natomiast ma już dostęp do Internetu, więc publikuje w nim swoje atuty. Poza trzema lipami szerokolistnymi w miejscowości Polana, obok dzwonnicy, są to m.in. "jesion wyniosły i lipa szerokolistna w Rabe koło cerkwi", "kopalnia ropy naftowej powstała w 1897 r. - czynna w niewielkich rozmiarach do dzisiaj" 5 starych cerkwi zamienionych w kościoły rz-k oraz teoretyczna możliwość pobierania wody mineralnej z ujęcia udokumentowanego w roku 1995. 
Wśród polecanych linków na stronie internetowej gminy, co jest jakąś projekcją lokalnych priorytetów, wymieniam od pierwszego miejsca, mamy strony WWW CEIDG, potem link do pani premier Szydło, pana prezydenta Dudy, Sejmu RP, sejmiku. Dopiero trzeci od końca jest urząd pracy w Ustrzykach, przedostatnia Gazeta Bieszczadzka, a ostatni - klub sportowy Jawornik Czarna.
Pani Irena Brukało zrealizowała swoje marzenie i otwarła punkt agroturystyczny w miejscowości Rabe. Ma stronę internetową, pisze na niej: Drogi Gościu, gdy już dojedziesz do Rabego, to wypatruj drewnianej Cerkwi i położonego naprzeciw niej naszego domu. 10 miejsc w pokojach 2 i 4-osobowych, nocleg 30 zł/os. Nie wiem, czy oferta jest aktualna, bo pochodzi z 2008 r. Ładny drewniany domek na zdjęciach ma żarówiasty fioletowy dach, chyba trudno przeoczyć.
***
Dziś łamy bloga oddaję koledze po piórze, bo myślę, że niektóre teksty, które pisali młodzi reporterzy niszowych, a zwykle już nieistniejących czasopism dwadzieścia - i więcej - lat temu, warte są odkurzenia i przypomnienia. Choćby dlatego, żebyśmy mogli ocenić, co się w Polsce przez te 20 lat zmieniło. Dziś ten tekst wygląda może anachronicznie, już nie pisze się tak rozwlekle, trzeba dynamicznie, mocno, jasno, zwięźle. Ale ja tak wolę, kiedy czytam, piję herbatę, i czuję tę mgłę, tę zimną wilgoć, to bieszczadzkie pustkowie.
Johanna Haase