Dziś blog wspiera:

czwartek, 31 marca 2016

Zachwyca lub przeraża (3)

Nim Fulgencio Batista, kubański dyktator, skończy swoją pierwszą prezydencką kadencję i wyjedzie do USA, Fidel stanie się dorosły. Już jako 19-latek zostanie przeniesiony na resztę nauki z kolegium jezuickiego w Santiago de Cuba do kolegium jezuickiego w Hawanie, a kilka miesięcy później, w 1945 zacznie tam studia. Trudno nie zauważyć, że - podobnie jak w przypadku Stalina - religijna, ultrakatolicka szkoła w ultrakatolickim kraju formuje człowieka religii wrogiego. 


Ale wróćmy jeszcze na chwilę do końca lat 30.

W roku 1940 czternastoletni owoc pozamałżeńskiego związku robotnicy rolnej i zamożnego plantatora, Fidel Castro, pisze list do prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta.

Pisze w nim słabym angielskim na papeterii jezuickiego Colegio de Dolores z Santiago de Cuba:

„Mój dobry przyjacielu Roosevelcie.

Nie wiem bardzo angielski, ale wiem tak wiele, że piszę do Ciebie.
Lubię słyszeć radio i jestem szczęśliwy, bo usłyszałem w nim, że ty będziesz prezydentem na nowy periodo (okres - napisał to po hiszpańsku - przyp. JH).

Mam dwanaście lat (nie wiadomo, czemu tu skłamał, miał już 14 lat - JH). Jestem chłopcem. (…) 

Jeśli chcesz, daj mi dziesięciodolarowy banknot zielony amerykański, w liście, ponieważ nigdy miałem ani widziałem dziesięciodolarowy banknot zielony amerykański. Wyślij go na adres: Señor Fidel Castro, Colegio de Dolores, Santiago de Cuba, prowincja Oriente, Kuba.

Nie wiem bardzo angielski ale wiem bardzo hiszpański i przypuszczam, że ty nie wiesz bardzo hiszpański, ale wiesz bardzo angielski, ponieważ ty jesteś Amerykaninem, ale ja nie jestem Amerykaninem.

Dziękuję bardzo, Fidel Castro

PS. Jeśli potrzebujesz żelaza do budowy swoich statków, pokażę ci wielkie minas (kopalnie - napisał to po hiszpańsku - przyp. JH) żelaza. Są w Mayari, prowincja Oriente.”

(Fidel nie musiał pokazywać FDR wielkich „kopalni żelaza” w Mayari, od początku XX wieku były w rękach dwóch amerykańskich koncernów, Bethlehem Cuba Iron Mines Company (należącej do Bethlehem Steel) i Nicaro Nickel Company. Obie te firmy w wielkich, dewastujących środowisko odkrywkach wydobywały rudę żelaza, kobalt i nikiel, i  wywoziły je ze zbudowanego nieopodal, w Nicaro, portu wprost do hut w USA.

Bethlehem Steel rzeczywiście - z rudy żelaza, także kubańskiej - w latach 40. zaczęło produkować na wielką skalę statki i okręty na potrzeby walczącej amerykańskiej floty. Stocznie należące do Bethlehem Steel w Baltimore ze stali z hut należących do Bethlehem Steel w Maryland wyprodukowały ponad 1100 okrętów do końca wojny, choć oczywiście trudno przypisać Fidelowi pomysł. Dziś ta firma jest bankrutem, a jej resztki zostały przejęte przez koncerny stalowe z Indii i Rosji.)

List Fidela do FDR został zaewidencjonowany przez urzędników Departamentu Stanu. Choć FDR raczej nie miał okazji zobaczyć go na oczy, ktoś go w końcu wykopał i można go dziś oglądać w sieci.

List Castro do Roosevelta, 1940. Fot. Wikipedia.


Nim Fulgencio Batista, kubański dyktator, skończy swoją pierwszą prezydencką kadencję i wyjedzie do USA, Fidel stanie się dorosły. Już jako 19-latek zostanie przeniesiony na resztę nauki z kolegium jezuickiego w Santiago de Cuba do kolegium jezuickiego w Hawanie, a kilka miesięcy później, w 1945 zacznie tam studia. Trudno nie zauważyć, że - podobnie jak w przypadku Stalina - religijna, ultrakatolicka szkoła w ultrakatolickim kraju formuje człowieka religii wrogiego.

Swoich 10 dolarów od FDR nie doczekał, ale 4 lata później, w 1949, kiedy żeni się z Mirtą Diaz-Balart, dostaje dwa czeki o łącznej wartości 1000 USD w prezencie ślubnym od przyjaciela rodziny żony. Przyjaciel podpisuje czeki po prostu: Fulgencio Batista.

Dziesięć tysięcy dolarów dokłada teść, i Castrowie jadą na trzymiesięczny „miesiąc miodowy” do Nowego Jorku.

A Mayari, cóż, Mayari jeszcze w tym samym roku, kiedy Fidel pisał do FDR, doczekało się swojego hymnu, napisanego przez Compaya Segundo, a rozsławionego 50 lat później przez Buena Vista Social Club: Me Voy Pa' Mayari, Moja droga do Mayari.



***

Doświadczenie przybysza na Kubie jest podobne do tego w Chinach - idziesz ulicą i wszyscy widzą, że nie jesteś stąd. Tutaj to jest o tyle dziwniejsze, że jednak, teoretycznie, nie różnisz się fizycznie od tutejszych ludzi. Ale jednak inaczej chodzisz, inaczej się rozglądasz, inaczej ubierasz. Idziesz bez celu, a tu się nie chodzi bez celu, tu się przemieszcza, stąd, dotąd, a nie tak bez sensu, niby tu, a niby tam, może zdjęcie zrobić, a może pogapić się. Tu się nie gapi, tu się załatwia sprawy i się idzie.

Stara Hawana, Habana Vieja. Fot. JH.


Jest o tyle trudniej, niż w Chinach, że w zasadzie nie ma gdzie iść ani po co. Nie ma sklepów, po których można by się posnuć, pooglądać, coś kupić. To znaczy, są w niektórych miejscach, na przykład na placach Starej Hawany, takie stoiska handlowe, na których możesz kupić kolekcję pocztówek z Hawany, albo reprodukcje plakatów rewolucyjnych, flagi kubańskie, koszulki z Ché, kubki z Fidelem, termometry z magnesem w kształcie Kuby. Ale jak już kupisz raz koszulkę z Ché, i flagę kubańską made in China, i cedeka z muzyką, to ile jeszcze możesz.

A poza tym nie ma nic. Nie da się tak po prostu wejść do kawiarni czy restauracji i zamówić coś do żarcia czy picia, jeśli nie jesteś w zorganizowanej grupie i nie masz tu zarezerwowanego terminu. To znaczy, można, ale trochę konspiracyjnie, albo cię nikt nie zauważy i po godzinie sobie pójdziesz, albo dostaniesz propozycję wypicia puszki cuban cola za pięć peso convertible, czyli za 5 EUR. Za to handlarz kradzionymi cygarami zjawi się po trzech minutach, ale nigdy nie wiesz, czy nie jest prowokatorem z bezpieki, który marzy, by cię wsadzić i deportować.

Stara Hawana, Habana Vieja. Fot. JH.

Nawet jeśli uda ci się usiąść w jakiejś knajpce i nawet jeśli obsługa będzie skłonna ci coś sprzedać, nie jestem pewna, czy zechcesz to zjeść. Wszędzie jest to samo, rozgotowana czarna fasola, frijoles negros, z rozgotowaną tłustą wieprzowiną, do tego czasem jakieś rozgotowane pataty albo żylasty kurczak. Bez przypraw, bez smaku, najlepiej, żeby było tłusto.

Kuba jest wyspą, a Hawana jest miastem portowym, ale w zasadzie nie da się tego zauważyć w menu. Jeśli jacyś ludzie w mętnej wodzie pokrytej plamami ropy wzdłuż „kultowej” promenady nadmorskiej Malecòn łowią ryby, to zwykle na własne potrzeby. Nie ma budek ze smażonymi rybami, frytkami, napojami, nie da się zamówić w restauracjach ostryg, homarów, krewetek, ośmiorniczek. Czemu nie ma? Bo by trzeba było wypłynąć na morze, a jak wypłyniesz na morze, to uciekniesz na Florydę.

Taxi, Trinidad del Mar. Fot. JH.


Siedziałam w restauracji La Pampa przy Malecòn chyba z dwie godziny, zupełnie niewiarygodne przeżycie, robiłam zdjęcia, kelnerki chodziły dookoła mnie, dłubały w nosach, obgryzały paznokcie, no food, no food, go away, robiłam zdjęcia morza, prostytutek, policjantów, bawiących się dzieci. Jacyś faceci z obsługi restauracji, nie wiem, sprzątacze czy ubecy, wychodzili co kwadrans i sprawdzali, czy jeszcze siedzę, siedziałam, widziałam, że ich wkurzam, w końcu zgłodniałam i poszłam do hotelu coś zjeść.

Wołowina jest rarytasem, w zasadzie większość mięsa, które możesz tu zjeść, to mięso przechodzone, drób jest stąd, że jakaś kura przestaje już znosić jaja i wtedy ją, kurzą emerytkę, zarąbuje się siekierą i przerabia na rosół oraz suche, żylaste udka, ale wołowina na talerzu, no, to po prostu cała kryminalna historia.

Fot. JH


Wołowina, jak wiadomo, jest z krowy, a krowa, jak wiadomo, ma dawać mleko, żeby zapewnić pokrycie deficytu białka. Krowa kubańska daje więc mleko, które się przerabia na niewiele produktów, najczęściej po prostu na masło, większość mleka spożywana jest jednak w postaci mleka. Jogurty, rzecz tu znana, lecz dostępna na kartki, powstają głównie z mleka sojowego. Dopiero krowa, która przestaje dawać mleko, stara, wychudzona krowina, może trafić pod państwowy nóż, i dopiero z tej krowy można zrobić, no właśnie, co, rozgotowany, przerośnięty żyłami kawał mięcha do żucia w knajpie, podawany z duma, here is our Cuban steak, señorita, broń Boże, żeby go wysmażyć, do smażenia trzeba by tłuszczu, a tłuszczu nie ma.

Pojedyncze krowiny są w rękach prywatnych, ale i tych nie wolno po prostu zabić i zjeść, trzeba to zaaranżować, wymaga to wielkich cojones, uczciwego dzielenia się, współpracy. Najlepiej, jeśli krowa zostanie przypadkiem zabita w wypadku samochodowym, trzeba się umówić z kierowcą, ale nie osobówki, bo samochody osobowe są rzadkie i drogie, polski fiat 126p z początku lat 90. to, po przeliczeniu, koszt ok. 6-8 tys. PLN, a dla Kubańczyka to niewyobrażalne pieniądze, poza tym próba zabicia krowy maluchem, czy nawet jakimś moskwiczem to by było kosztowne samobójstwo, więc trzeba umawiać się z kierowcą ciężarówki, najlepiej ziła czy kamaza, a te ciężarówki są zwykle państwowe, więc trzeba uważać, czy człowiek, z którym umawiasz się na zabicie krowy, nie jest przypadkiem kapusiem.

Wędkarze przy Malecòn. Fot. JH.


Zwykle sprawę załatwia się tak, że trzeba oddać pół zabitej krowy, ćwiartkę kierowcy za zabicie krowy, a ćwiartkę policjantowi, który przyjedzie i spisze protokół. Wyprowadzasz krowę na szosę, nalepiej nad ranem, jedzie ził, oczywiście nikt nie będzie naprawdę tej krowy potrącać autem, bo szkoda mięsa, krowę trzeba zabić młotem lub toporem, zbić lampę w uacie, potłuc trochę karoserię, usmarować krwią, i będzie dobrze. Policjant się zjawia na miejscu, protokół, krowa zabita, właściciel ma teraz prawo zrobić z nią, co zechce, i tak na talerze trafi trochę wołowiny.

Oczywiście, nie robi się tego w Hawanie, trzeba to zaaranżować daleko, w prowincji Pinar del Rio, albo w Matanzas, gdzieś, gdzie jest mały posterunek policji, i ci policjanci pochodzą z lokalnych wiosek, starzy rewolucjoniści, rozumiejący ludzi, nie żadne szukające kariery młokosy, nie ma sensu kłopotać władz lokalnymi problemami.

Lepszy świat jest możliwy. Fot. JH


Są podobno kierowcy ciężarówek, którzy w ciągu roku potrącają po siedem czy dziesięć krów, bawołów, czy koni.

Jak mówię, że my jemy wołowinę z krów hodowanych na mięso, bo ta z mlecznych krów nie jest za dobra, to, ha, ha, niemożliwe, jakże to tak, karmić krowę i hodować tylko po to, żeby ją zjeść, tak bez mleka, to jakaś bzdura, przecież to się nie opłaca.

Opowiada mi to wszystko w knajpie El Floridita przy Obispo 557 młody żigolak Manuel, który, si, señora, w ogóle to będzie kiedyś mieć własną restaurację w Miami, ale na razie jest kelnerem, a tak w ogóle to jest very good fucker, czy señora sobie życzy rżnięcia? Bo Manuel może wpaść do mnie do hotelu Parque Central na rżnięcie, fucking very good twenty dollars, tylko muszę po niego zejść do recepcji, bo go nie wpuszczą, no i jak chcę w kondomie, to muszę mieć własny. A jeśli nie mam ochoty, to on może poopowiadać o Hemingwayu, no bo bar Floridita to oczywiście ulubiony bar Hemingwaya, o, tu są pamiątki i zdjęcia.

(c.d.n.)