Dziś blog wspiera:

piątek, 25 marca 2016

Zachwyca lub przeraża

Impresje z wyspy, cz. 1


Są takie chwile, gdy wiesz, że Bóg, Los czy Przeznaczenie od początku zaglądały ci przez ramię i chichotały. Kiedy wydarza się coś, co się nie powinno zdarzyć, co nie zdarza się nikomu normalnemu. Kiedy planujesz jakiś ochłap na szybko, a życie przed tobą stawia szesnastodaniową ucztę z miętóweczką na koniec.

Niebieskie tablice - wóz rządowy. Fot. JH

Taki moment nadszedł, gdy o czwartej nad ranem pakowałam się do warszawskiej taksówki mającej mnie zawieźć na Okęcie. Dalej w planie był lot do Paryża, przesiadka i kolejne sześć czy siedem godzin lotu. A na razie była taksówka.

Pakowałam torby do bagażnika, taksówkarz przyglądał się temu dosyć beznamiętnie, nawet w pewnym momencie, ładując wielką walizę, rzuciłam, spokojnie, niech pan nie pomaga, dam radę, ale nie skumał sarkazmu; wsiadłam i ruszyliśmy. Jeszcze pisałam jakieś esemesy, jakieś notatki na telefonie, było ciemno, cicho, Sikorskiego, Dolinka Służewiecka, nieubłaganie zbliżało się Okęcie.

Chowając w końcu telefon, przypadkiem omiotłam blaskiem jego ekranu podłogę w taksówce, i nagle błysnęło coś na złoto. Poświeciłam ponownie i zobaczyłam czerwoną książeczkę ze złotym nadrukiem.

Pod fotelem warszawskiego taksówkarza leżał paszport. 
Kubański paszport. 

Nie mogłam go zabrać, bo właśnie leciałam na Kubę i policjant przegrzebujący moje bagaże na Aeropuerto Internacional José Marti miałby nie lada gratkę znajdując ichni paszport między moimi majtami. Na zdjęciu był, jak wynikało z nadruku, trzydziestoczteroletni mężczyzna z ufarbowanymi w blond pasemka włosami. Wjechał do Polski niemal dwa lata wcześniej.

– Rzeczywiście, wiozłem jakiegoś Araba czy coś, był leciutko wstawiony. Zabrałem go spod knajpy na Mazowieckiej, podobno tam gra w jakiejś kapeli, ale nie miał ze sobą żadnego instrumentu. Zawiozłem go na Ochotę - przyznał taksówkarz. Nie wiedział, jak klienta odnaleźć, bo był „łapany z ulicy” i odstawiał człowieka gdzieś w rejonie Geodetów, ale nie pod konkretny adres. Strasznie mu się nie chciało oddawać tego paszportu.

– Może na policję zawiozę? Albo wrzucę do skrzynki pocztowej - proponował. 

– Ten człowiek tu prawdopodobnie siedzi nielegalnie - zasugerowałam. – Niech pan pojedzie pod tę knajpę i tam odda, skoro facet tam gra. Znajdą go.

Andros Island, Bahamy. Fot. JH
Strasznie był niezadowolony. 

– A pani by go nie wzięła? 
– No nie, ja za jego zabranie pójdę siedzieć.

W końcu obiecał, że zostawi w tej knajpie, choć nie zdziwiłabym się, gdyby go wyrzucił po drodze

Mężczyzna z paszportu nazywał się Oskar Edmundo Perez i pochodził z Cienfuegos. W samym nazwisku można było się zakochać, ale zmęczona twarz z tymi blond pasemkami wyglądała na twarz człowieka sponiewieranego przez los. Pomyślałam, ha, Cienfuegos, w sumie i tak miałam tam zajrzeć.

Jakieś dwanaście godzin później, obserwując kipisz robiony w moich bagażach przez dwie kubańskie policjantki, tylko wzruszyłam ramionami, no bo przecież wiedziałam, że tak będzie. Był marzec, gorąco, klimatyzacja nie działała, całe lotnisko śmierdziało zagrzybioną wykładziną. Mój stary Palm Vx, będący zapasowym zestawem książek w podróży, wzbudził konsternację, GPS forbidden, mówiły panie, w końcu przyszedł jakiś miniaturowy tajniak w brązowym garniturze i ze słuchawką w uchu, obejrzał, popatrzył na mnie z pogardą, że takiego technologicznego gówna używam, okej, okej, pozwolili mi się spakować. Jeszcze tylko wymienić eurasy na kuki, czyli peso convertible, noc w Hawanie, i zdobyć jakoś bilet do Cienfuegos.

(c.d.n.)

Od Autorki: Nazwisko człowieka z paszportu zostało z oczywistych względów zmienione. Wszystkie zdjęcia w tekście są mojego autorstwa. Tytuł jest zapożyczony z tekstu Cortazára, oczywiście.