Dziś blog wspiera:

wtorek, 2 lutego 2016

Eryk Żelewski z Lęborka, "kat Warszawy", Niemiec z wyboru

Syn Ottona Jana Żelewskiego i Elżbiety Żelewskiej z domu Szymańskiej, urodził się 1 marca 1899 r. w Lęborku. 


Jego rodzina wywodziła się z długiej linii rodu Żelewskich, "od pokoleń osiadłej na Pomorzu. Jego przodkami od XVIII w. byli Michał Żelewski (ok. 1700–1785) i Anna Zofia Pierzchwa, których syn Franciszek (ok. 1735–1788) poślubił Ewę Kętrzyńską. Ich synem był Andrzej Klemens Żelewski (ur. 1778), który ożenił się z Konkordią von Grubba. Ich pierworodny Otton August Ludwik Rudolf von Żelewski (1820–1878) poślubił Antonię Fryderykę z d. Żelewską." (Irek Cezary Tuniewicz, "Eryk z Lęborka", http://pressmania.pl/?p=24577).
Sam Eryk Żelewski uczył się w gimnazjach w Wejherowie, Brodnicy i Chojnicach, gdzie co prawda językiem wykładowym był niemiecki, ale też większość młodzieży poza szkołą posługiwała się językiem polskim. Młody Eryk mieszkał m.in. na stancji u wuja, kupca Józefa Żelewskiego, który to wuj był polskim działaczem narodowym w Brodnicy i oczywiście mówił po polsku. Można więc co najmniej założyć, że Eryk po polsku rozumiał i w jakimś zakresie potrafił się nim posługiwać, nawet jeśli nie była to znajomość biegła.
Wikipedia pisze nam: "Rodzina Ottona Jana von Żelewskiego była niewątpliwie rdzennie polska – stwierdził Marek Dzięcielski, biograf von dem Bacha. Ten sam badacz wykazał, że żaden z przodków przyszłego niemieckiego generała SS i Policji nie używał przydomku „Bach”. Jeszcze w średniowieczu w Zelewie w pow. wejherowskim osiadła rodzina Bach, która później pisała się Bach Żelewski, ale późniejszy wojskowy niemiecki się z niej nie wywodził. Pochodzenie od tej rodziny przypisał sobie samowolnie, żeby zatrzeć swoje słowiańskie pochodzenie. Po raz pierwszy użył podwójnego nazwiska von dem Bach-Zelewski w 1933, sześć lat później zdecydował się na ostateczne zerwanie śladów, mogących wskazywać na jego pochodzenie. W liście do Heinricha Himmlera z 29 października 1940, tak motywował swoją decyzję: "Powołując się na naszą rozmowę podjąłem w większym zakresie badania genealogiczne, aby w rezultacie przestać nosić drugie polskobrzmiące nazwisko. (...) przywiązuję wagę do tego, aby moi potomkowie, a zwłaszcza moi trzej synowie, mogli w przyszłości wstąpić do SS i w każdej chwili wykazać działania swego przodka, SS-Gruppenführera przeciwko Polsce". Zgodę na zmianę nazwiska uzyskał 28 listopada 1940 i odtąd pisał się von dem Bach. Polskie korzenie potwierdził także biograf von dem Bacha Tomasz Żuroch-Piechowski. Wszyscy znani przodkowie niemieckiego wojskowego byli wyznania rzymskokatolickiego, przez stulecia związanymi z kościołem parafialnym w Strzepczu. Fakt ten był niewygodny dla von dem Bacha, który starał się zacierać ślady swojego pochodzenia. On sam był wyznania ewangelickiego, jednak nie wiadomo kiedy zmienił konfesję."
(Co ciekawe, na patriotycznie wzmożonych polskoprawackich stronach WWW można znaleźć całkowicie sfałszowane biografie Eryka Żelewskiego, mówiące np. o tym, że pochodził z pruskiej rodziny szlacheckiej albo że jego ojciec zginął w czasie IWŚ - jest to życiorys rozpowszechniany przez samego EŻ, ale jednak nieprawdziwy. Przykładowy brzmi tak: "Urodził się 1 marca 1899 w Lęborku [Lauenburg] na Pomorzu jako syn Oskara von Zelewskiego. Wywodził się ze starej pruskiej rodziny ziemiańskiej, osiadłej w majątku Zelewo [Seelau] na Kaszubach, około 20 km na północny-zachód od Wejherowa. Ojciec Ericha zginął w czasie walk nad Narwią w 1915, jako oficer rezerwy piechoty armii Wilhelma II." Prawdziwa tu jest tylko data urodzenia EŻ.)
W wieku lat 15 wstąpił na ochotnika do wojska, walczył w IWŚ, w wieku 17 lat awansowany na pierwszy stopień oficerski. Po wojnie służył w różnych formacjach paramilitarnych na granicach krwawiącej wtedy Rzeszy, m.in, walcząc z powstańcami śląskimi czy agitując na Mazurach i Pomorzu za Niemcami. To stanie na froncie przeciw Polakom na pograniczu polsko-niemieckim określiło jego przyszłość. Kiedy wybuchła IIWŚ, robił w zasadzie to samo, najpierw na Górnym Śląsku, a potem na Żywiecczyźnie.
Ponieważ Żywiec w 1939, jako Saybusch, został wcielony do Rzeszy, to jego mieszkańcy, wg dzisiejszej logiki prawaków, zostali Niemcami. Eryk Żelewski nie podzielał jednak tej logiki i postanowił region ten zniemczyć jeszcze bardziej - nakazał wysiedlić ok. 18 tys. mieszkańców okolicznych wsi (skierowano ich, ograbionych z całego dobytku, na wschód, do Galicji, czyli ówczesnego Generalnego Gubernatorstwa), a na ich miejsce sprowadził Niemców z terenów obecnej Rumunii.
Dolina Soły temu synowi polsko-niemieckiego pogranicza musiała się szczególnie spodobać, bo w tym czasie zwrócił uwagę na urocze miasteczko u ujścia tej rzeki do Wisły, nieopodal dawnej śląskiej granicy, Oświęcim. Wpadł na pomysł, żeby tam założyć obóz koncentracyjny, który błyskawicznie zyskał złowrogą sławę.
(Rok później do założonego przez Eryka Żelewskiego obozu Auschwitz trafi z jednym z pierwszych transportów młody konspirator Witold Pilecki, młodszy od Żelewskiego ledwie o 2 lata. Osiem lat później zostanie zamordowany na polecenie Romana Kryże, sędziego stalinowskiego i ojca Andrzeja Kryże, ulubieńca pisowskiego ministra sprawiedliwości Ziobry).
Nie dziwi więc, że Eryk Żelewski zyskał opinię człowieka do trudnych spraw, najpierw rzucono go na odcinek białoruski, gdzie wykazał się skutecznością w mordowaniu cywili i walce z partyzantką, potem podążał za armią idącą na Moskwę (miał zostać w Moskwie dowódcą policji; prawda, że po Dzierżyńskim byłaby w tym pewna prześmiewcza logika?) i przy okazji nadzorował mordowanie Żydów (już podpisywał się wówczas jako von dem Bach - Zelewski - nie miał jednak nigdy w rodzinie żadnego Bacha i było to typowe nom de guerre na potrzeby nazi-kamratów. Mordował z takim entuzjazmem, że nabawił się rozstroju nerwowego, od którego salwował się wyjazdem do wód w stronach rodzinnych - Zopott i okolice.
To na niego postawił Hitler, gdy trzeba było sobie poradzić z Powstaniem Warszawskim. Próbuję sobie to wyobrazić, jak normalne zarządzanie kryzysem w korporacji. 
- Coś tam się spierdoliło w Warszawie, Heini? Bo mnie coś ucho po zamachu boli.
- Ja, mein Führer, faktycznie, gówno walnęło w wentylator.
- Ale dajemy radę, czy trzeba delegować środki?
- No warto by tam kogoś posłać, bo się rozlewa.
- A nie mieliśmy takiego eksperta, tego tam pół-Polaczka, co to od 5 lat się chce wykazać i generalnie zarządza kryzysami tam na wschodzie?
- Aaaaa, ten tam Zelefsky czy jak mu tam, ten niby "von dem Bach", jaaaa, mein Führer, dobry pomysł. Majorze, łączcie z Zopott. ERYK? Masz pilną robotę, bierz delegację.
No i tak to mniej więcej musiało wyglądać.
***
Eryk Żelewski, nazywający się "von dem Bachem", przybywa do Warszawy. 
Wikipedia: "1 sierpnia 1944 von dem Bach przebywał w sopockim Grand Hotelu, po wybuchu powstania warszawskiego został mianowany przez Heinricha Himmlera na dowódcę oddziałów SS skierowanych (zgodnie z dyrektywą Hitlera) do jego stłumienia. Do Sochaczewa pod Warszawą przybył prawdopodobnie wieczorem 5 sierpnia, choć na procesie w Norymberdze utrzymywał, że stało się to dopiero w połowie sierpnia. 
Oddziały SS i tzw. Osttruppen (oddziały kolaborantów z Azerbejdżanu, Rosji itd. - przyp. JH) pod komendą von dem Bacha dopuściły się zbrodni wojennych na ludności cywilnej Warszawy (głównie podczas masakry na Woli i Ochocie), za które jest odpowiedzialny von dem Bach jako dowódca Korpsgruppe von dem Bach. Wieczorem 5 sierpnia von dem Bach doprowadził do złagodzenia eksterminacyjnego rozkazu Hitlera, zakazując mordowania kobiet i dzieci, które miały być odtąd kierowane do obozu przejściowego w podwarszawskim Pruszkowie. 12 sierpnia Bach jeszcze bardziej złagodził rozkaz Hitlera poprzez wydanie zakazu mordowania polskich mężczyzn – cywilów. Mimo to niektóre oddziały niemieckie nadal dopuszczały się zbrodni na ludności cywilnej i wziętych do niewoli powstańcach. Oblicza się, że z 150–200 tysięcy cywilnych ofiar powstania, aż 65 tysięcy zginęło w masowych egzekucjach.
Po 2 miesiącach ciężkich walk powstańcy skapitulowali. Von dem Bach osobiście potwierdził swoją odpowiedzialność za zbrodnicze działania wojsk niemieckich w trakcie pacyfikacji powstania warszawskiego, które podlegały mu w czasie gdy nimi dowodził – zeznania te złożył przed polskim prokuratorem przesłuchującym go na przełomie stycznia i lutego 1946 w Norymberdze." (https://pl.wikipedia.org/wiki/Erich_von_dem_Bach-Zelewski)
***
Ciekawe musiało być jego spotkanie z Tadeuszem Komorowskim "Borem", dowódcą AK i PW'44. Komorowski był starym oficerem kawalerii w CK monarchii, IWŚ ukończył jako porucznik, walcząc po stronie państw Centralnych tak samo jak Eryk Żelewski, w 1936 na Olimpiadzie w Berlinie zdobył srebrny medal w jeździectwie. Obaj mówili świetnie po niemiecku, na wszystkich zdjęciach, których widać spotkanie ich obu 5 października 1944 w Ożarowie, EŻ się miło uśmiecha.
Dygresja, ale sama się nasuwa, kiedy wspomnimy żywiecki epizod Eryka Żelewskiego: "Po 1470 r. Komorowscy stanęli po stronie króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka przeciwko Maciejowi Korwinowi i stracili ziemie słowackie. Władca Polski w rekompensacie za utracone dobra oddał im w posiadanie m.in. Żywiec, Szaflary, Ojców; przejściowo posiadali też Nowy Targ. Żywiecczyzna należała do Komorowskich przez ok. 150 lat. Zbudowany został wówczas m.in. istniejący do dziś zamek, a w kościele parafialnym dobudowana kaplica Komorowskich. Ich władanie w Żywcu zakończył niesławnie zadłużony hulaka, praprawnuk Piotra, starosta oświęcimski Mikołaj Komorowski, który sprzedał majątek w 1624 r." (Polityka, http://bit.ly/1Qabo3b). Dodajmy, że rodzina Bora-Komorowskiego to m.in. ta słynna ciotka Bronka Komorowskiego, która uratowała ojca Jarosława i Lecha Kaczyńskich w czasie PW'44).
Tadeusz_Bor_Komorowski_and_Erich_von_dem_Bach_in_Ozarow
***
Po wojnie w zasadzie udawało mu się uniknąć kary - bo trudno za taką uznać de facto areszt domowy. Sądzono go dopiero w latach 60., za pojedyncze przestępstwa kryminalne: "oskarżony ponownie już w 1962 o morderstwo 6 niemieckich komunistów został w 1963 skazany przez sąd w Norymberdze na dożywocie, nie odpowiadając przed sądem za zbrodnie ludobójstwa"(wiki).
"8 marca 1972 roku w szpitalu więziennym na przedmieściach Monachium zmarł starszy mężczyzna, który przed aresztowaniem pracował jako nocny stróż zatrudniony w firmie „Wach- und Kontrolldienst Carl Tauer”. Informację o jego śmierci podano dopiero dwa tygodnie później, ale niemieckie media ekscytujące się przygotowaniami do zbliżającej się olimpiady w Monachium nie zwróciły na nią uwagi. Tylko w tygodniku „Der Spiegel” ukazała się krótka notka, w której napisano: „W wieku 73 lat zmarł Erich von dem Bach-Zelewski, były generał broni SS i generał policji. Był jedną z najbrutalniejszych i najbardziej osobliwych postaci w Zakonie Trupiej Czaszki”." - to znów Irek Cezary Tuniewicz, "Eryk z Lęborka", http://pressmania.pl/?p=24577.
No cóż, możemy Eryka Żelewskiego nazywać "Niemcem", bo to bardziej po prawacku niż nazwanie go "nazistą polskiego pochodzenia i Niemcem z wyboru", a w każdym razie łatwiej w przeciętnym prawackim łbie pomieścić taką wizję świata. Ale ona nie jest taka jednoznaczna, prawda?