Dziś blog wspiera:

piątek, 26 lutego 2016

Raszyn pajp, czyli ruska pipa



Rosjanie tak błyskawicznie i kretyńsko roztrwonili własną wiarygodność, że mogłoby się wydawać, że ktoś tam się pozbiera i zacznie zarządzać kryzysem, i na Kremlu zrozumieją, że trzeba położyć po sobie uszy, i przez kolejne 10 czy 15 lat uprawiać wazeliniarskie włazidupstwo, może ludzie zapomną. Da, charaszo, kanieszna, panimaju, gaspadin Jewropiejec, my pamożiem, my pastraim, tak ten słownik powinien dziś wyglądać. Zamiast tego Ruscy, przegrywając, przewracają stolik z szachownicą, drą mordę i biorą się do wymuszania, jak przeciwnik ma siedzieć, grać i którymi pionkami, bo jak nie, to w ryj. Zachowują się, jakby ewolucja tam szła w przeciwnym kierunku.


"W środę wieczorem Gazprom ogłosił, że podpisał w Rzymie z włoską firmą Edison (spółka francuskiego państwowego koncernu energetycznego EDF) i kontrolowaną przez rząd Grecji firmą gazową DEPA list intencyjny w sprawie dostaw rosyjskiego gazu przez Morze Czarne i państwa trzecie do Grecji oraz z Grecji do Włoch.”(http://wyborcza.biz/biznes/1,147745,19681409,wojna-gazociagow-w-europie.html)
Ani Włochy, ani Grecja nie leżą nad Morzem Czarnym. Nad Morzem Czarnym, w miejscach, gdzie Ruscy mogliby tę rurę poprowadzić, leżą Rumunia i Bułgaria oraz Turcja. Z żadnym z tych krajów Rosja nie ma na tyle dobrych stosunków, żeby móc ten projekt zrealizować. Pierwsze dwa kraje Rosji się boją i szukają przeciw niej wszelkich możliwych sojuszy (do tego stopnia, że np. Bułgaria swoje ruskie myśliwce MiG-29 serwisuje w… Polsce, ku wściekłości Ruskich, że tak nie wolno). Zniechęcić do Rosji Bułgarię, prawosławny kraj używający cyrylicy, to naprawdę wielkie osiągnięcie polityki zagranicznej Pućki i tego tam Wiaczesława Ławrowa. Przez ostatnie 150 lat główne dyplomatyczne credo Bułgarii brzmiało bowiem: „Zawsze z Niemcami, nigdy przeciw Rosji” i obowiązywało nawet w czasie II wojny światowej. 
Ale wróćmy do rury.
Ruscy najpierw parli do zbudowania gazociągu zwanego roboczo South Stream, by uprzedzić projekt budowy unijnego gazociągu Nabucco z m.in. Azerbejdżanu do Europy. Tak mocno w niego inwestowali, a ich pożyteczni idioci z Niemiec i Węgier tak wytrwale Nabucco torpedowali, że w końcu udało się w 2013 ten projekt obalić (no bo po co inwestować unijną kasę w budowę gazociągu, skoro nasz stabilny partner Rosja spokojnie za swoje dieńgi to zbuduje, logiczne).
O co chodzi z tym gazem?
W 2013 gaz był drogi, a dostęp do relatywnie tańszego ruskiego gazu dawał konkurencyjną przewagę dla lokalnego przemysłu. To dlatego Niemcy tak tych ruskich rur chcą - ich przemysł chemiczny może dzięki temu produkować taniej, niż na przykład korzystający z droższego gazu przemysł polski. Dlatego do tej "taniej ruskiej rury" tęsknią Włosi, Francuzi etc. W Polsce mniej więcej jedną trzecią gazu zużywają zakłady azotowe, produkujące nawozy. Im silniejszy przemysł chemiczny w danym kraju, tym to zużycie jest większe, więc oczywiście niemiecki czy francuski przemysł potrzebuje tego gazu jeszcze więcej. Gaz stanowi mniej więcej połowę stałych kosztów takich zakładów.
(Errata - jak zwrócił uwagę komentator, od strony czysto biznesowej to nie jest "koszt stały", tylko koszt zmienny; ten nieszczęśliwie użyty termin "stały koszt" nie oznacza definicji "kosztu stałego", tylko jest skrótem myślowym od "stale ponoszny koszt", który oczywiście jest zmienny w zależności od zużycia, jak domowy rachunek za prąd - może się zmieniać w czasie, ale stale trzeba go płacić :))
Im tańszy gaz, stanowiący tak olbrzymią część kosztów, tym tańszy produkt końcowy, czyli np. nawozy, środki ochrony roślin dla rolnictwa, ale też opakowania, farmaceutyki, paliwa, etc. Im tańsze nawozy dla rolnictwa, stanowiące dla rozwiniętego rolnictwa ok. 10-20% kosztów, tym tańsza żywność. Na końcu francuski ser może być konkurencyjny wobec polskiego, bo Gazprom taniej sprzedaje gaz do Francji. Niemieckie leki i nawozy, francuska i włoska żywność mogą konkurować na rynku z polskimi m.in. dlatego, że Niemcy, Francuzi, Holendrzy, Włosi itd. kupują od zakumplowanych Rusków gaz taniej, niż polskie zakłady chemiczne.
1028
Tu jeszcze jeden aspekt: Ruscy przez lata próbowali przejąć polską Grupę Azoty (http://tvn24bis.pl/wiadomosci-gieldowe,76/knf-ukaral-spolke-norica-holding,571624.html). Przez różne podmioty kupowali akcje, wprost usiłowali doprowadzić do wrogiego przejęcia w 2014, jakimś cudem udało im się to zablokować, ale oczywiście nie zrezygnują. Czemu?
Bo Ruscy, mając decydujący głos w zarządzie największego polskiego „konsumenta” gazu, mogą podjąć decyzję o kupowaniu go od Ruskich, choćby cała Polska brała go z Norwegii czy Kataru, choćby był trzy razy droższy niż gaz dostarczany przez PGNiG. Nikomu nic do tego, skąd kto kupuje surowce do produkcji i za ile. Mogliby bardzo szybko doprowadzić do trwałej nierentowności tych zakładów i zmusić Polskę do kupowania nawozów... z Rosji (gdzie gaz jest bardzo tani, więc nawozy produkuje się za ułamek kosztów UE). W 5 lat podstawy polskiej produkcji żywności musiałyby się opierać na dostawach nawozów (i/lub gazu) z Rosji.
Ale przyszedł 2014, i wydarzyły się dwie rzeczy, które rozwaliły ten plan. 
Po pierwsze, Ruscy okazali się tym, kim są, agresywnymi bandytami, zwłaszcza w rejonie Morza Czarnego i trochę mniej w rejonie Bałtyku, i padło pytanie, czy my, UE, naprawdę musimy z bandytami robić interesy i pozwalać, żeby gospodarki lokalne się od bandyckich dostaw uzależniały. 
Kraje wprost zagrożone przez Rosję, Rumunia i Bułgaria na Morzu Czarnym, a Szwecja, Finlandia, Polska na Bałtyku powiedziały, no moment, sekunda, hold on, jaka nowa ruska rura? Oczywiście, biznesmenom z różnych niemieckich czy francuskich koncernów to nie przeszkadzało, tani gaz, tani gaz, załatwmy se ten tani gaz, wojna na Ukrainie jest może okazją do tego, żeby w negocjacjach jeszcze coś uwalczyć, ale tani gaz, tani gaz. Politycy, którzy do tej pory przy nich twardo stali, reprezentując „interesy narodowej gospodarki”, zaczęło to jednak doskwierać, zaraz, ein Moment, Dietrich, das ist unmöglich, tak się nie da, zjebią mnie w Brukseli, jak ci pozwolę tak ganc ofenliś z Ruskimi się bratać.
A jeszcze jeden pożyteczny idiota, pardą, „wybitny lider francuskiego przemysłu”, który próbował, przypadkiem został zabity na lotnisku w Moskwie, i trochę chęć do wzajemnego lizania się z Putinem opadła w kręgach biznesowych (http://www.polskieradio.pl/42/273/Artykul/1264195,Szef-koncernu-naftowego-Total-zginal-na-lotnisku-w-Moskwie-Aresztowano-cztery-osoby).
UE więc przycięła Rosjanom paluszki w sprawie budowy południowego gazociągu przez Morze Czarne. Coś, co w innych warunkach by się dało załatwić - przepisy antymonopolowe, środowiskowe, konkurencyjne - tym razem okazały się nie do przejścia. Bułgaria, w której rura miała wyjść na ląd i iść dalej do Grecji, powiedziała, że nie spasiba, w żopu ciełuj, tu są różne z tą rurą problemy, nie ma zgody. Grecja może by i chciała, ale od pewnego czasu ma słabą pozycję negocjacyjną w Unii, więc efcharisto, nie zbudujemy. W końcu 2014 r. Rosja ogłosiła, po miesiącach przepychanek i udawanego zdziwka, że jak niedobry Jewrosajuz nie chce, to oni se zbudują lepszy gazociąg, Blue Stream do Turcji, a Unia niech się wypcha.
Niemal natychmiast po tych deklaracjach pojawiły się znane sukcesy dyplomatyczne Władimira Władimirowicza wobec Erdogana i Turcji. Ruscy ogłosili, gdzie ten gazociąg Turkom zbudują, bez pytania Turków, co Turków lekko wkurwiło. No a potem jeszcze doszło latanie nad Syrią i Turcją kosztownym wojskowym ruskim złomem, bezskuteczne prośby Turcji, żeby przestali, bombardowanie Turkmenów w Syrii przez dzielnych ljotczików Pućki, aż w końcu dwaj maładcy, którym było prościej podchodzić do ataku znad terenu Turcji, dostali w dupę rakietą z tureckiego F-16 i mityczny „gazociąg do Turcji” zesrał się w sekundzie, w której ruski bombowiec zaliczył kamienistą syryjską glebę. Dalsze działania ruskiej „dyplomacji” w postaci oskarżania Erdogana, że bierze kasę z ISIS, było już właściwie typową ruską cherry on cake, brakowało już tylko napieprzania butem w mównicę przez Ławrowa.
Druga rzecz, która się wydarzyła, a która była w jakimś stopniu pokłosiem ruskiej agresji i następujących po niej sankcji, to straszliwy zjazd ceny ropy - i w efekcie gazu.
Ruski patent na zarobek był przez dziesięciolecia bardzo prosty: uzależniali ceny gazu ziemnego od średnich cen ropy z ostatnich lat (a ta nieustannie drożała). Spadająca cena ropy od 2014 przełożyła się na gwałtowny spadek cen gazu od 2015, i proces ten trwa, a kupienie dziś gazu od Ruskich bez patrzenia na historyczne ceny ropy nie jest już dziś problemem. Kiedy ropa była droga, Ruscy robili łachę, wyciągali tabelki, hohoho, no to możemy ewentualnie za tyle, bo przecież ropa tyle. Dziś uśmiechają się, kiwają głowami, pakupitie, u nas oczień tanio. W 2013 cena rzędu 450 USD za 1000 m sześciennych nie była niczym zaskakującym, w 2014 było to już 350 USD, w 2015 - 240 USD, dzisiaj mówi się o cenach rzędu 145 USD, a nawet 120 USD. Co prawda optymiści z Gazpromu założyli na ten rok cenę rzędu 200 USD, ale Ukraina już kupuje po 146, i to nie z Rosji (sic), więc można dosyć spokojnie zakładać, że nadal będzie tanieć. (http://energetyka.defence24.pl/269737,w-2016-gazprom-obnizy-ceny-gazu-dla-europy)
Co z tego wynika?
Skoro gaz jest tani, to, po pierwsze, zaczyna nie mieć znaczenia, skąd go masz. Jak różnica była duża - np. 350 USD za gaz z Rosji, 450 za norweski i 600 za katarski - to miało duże znaczenie. Jak gaz zaczyna być po 150 USD, bez względu, czy z Algierii, Rosji, Kataru czy Norwegii, to czemu się przejmować, skąd pochodzi?
Po drugie, skoro pochodzenie nie rzutuje na cenę, to po co brać gaz od bandyty, skoro można np. od kulturalnych Norwegów, albo z krajów faktycznie potrzebujących wsparcia, jak np. Algieria?
Po trzecie - skoro gaz tak staniał, to jego udział w kosztach przemysłu też zmalał. Skoro z 50% kosztów produkcji zszedł do 15% kosztów, to dalsza optymalizacja już w niewielkim stopniu poprawi konkurencyjność biznesu, a żeby ją osiągnąć, trzeba by wykulać jakieś miliardy na budowę infrastruktury. Z bandytą, który ma słaby pi-ar wśród cywilizowanych ludzi. No i pomyślcie, jesteście tym kolesiem z BASF czy innego Gas de France, robiliście loda wszystkim wokół, politykom, mediom, inwestorom, ruskim obleśnym gołym grubasom w saunie, żeby za cenę zeszmacenia i poniżeń kupić taniej gaz niż konkurencja, wydaliście 2 mld EUR na gazociąg, a teraz wszyscy wokół se mogą kupić gaz dwa razy taniej niż było w Waszym biznesplanie 5 czy 10 lat temu. Kiepska sprawa, nie?
I tu pojawia się jeszcze jeden fajny (nie dla Rosji) czynnik - Iran.
Wobec Iranu właśnie pod koniec 2015 zniesiono sankcje, i Iran ma gigantyczne zasoby ropy i gazu. 
Iran swoim gazem mógłby trwale wyłączyć dostawy gazu z Rosji do Europy. W tym celu trzeba by poprowadzić rurę z Iranu do Europy.
Ta rura musiałaby iść przez tereny tureckiego lub irackiego i tureckiego Kurdystanu, blisko granicy turecko-syryjskiej, a w wariancie południowym - przez Irak i Syrię nad Morze Śródziemne. Nie może tamtędy iść, bo ISIS, wojna w Syrii, napięcie na granicy turecko-syryjskiej.
Dlatego Rosjanom jest potrzebna jak najdłużej trwająca wojna w Syrii, z jak największą rozpierduchą w infrastrukturze, i w miarę możliwości wciągnięcie Turcji w jakiś sposób do tej wojny - żeby uniemożliwić budowę tego gazociągu.
Iran jest do pewnego stopnia wobec Rosji lojalny, nawet pozwalają Ruskim na strzelanie rakietami w Syrię nad swoim terytorium, ale w końcu kiedyś nastąpi „show me the money", zobaczymy gołą ruską dupę i Iran zacznie tę inwestycję, zwłaszcza, że ruska gra w Syrii została już nawet przez Asada przejrzana, i są silne naciski, żeby jednak putinowcy wojnę skończyli.
Stąd, tadaaaaam, Rosjanie odbili się od ściany i co właśnie ogłosili? Ano, zacytujmy ten kawałek z początku tekstu:
"W środę wieczorem Gazprom ogłosił, że podpisał w Rzymie z włoską firmą Edison (spółka francuskiego państwowego koncernu energetycznego EDF) i kontrolowaną przez rząd Grecji firmą gazową DEPA list intencyjny w sprawie dostaw rosyjskiego gazu przez Morze Czarne i państwa trzecie do Grecji oraz z Grecji do Włoch.”
Czyli co to znaczy? To znaczy, że Rosjanie bardzo by chcieli jednak wrócić do projektu South Stream, czyli ciągnąć rurę przez Morze Czarne. Tylko wrodzonej słoniowej gracji Rosjan możemy zawdzięczać, że ten projekt upadnie tak samo, jak poprzednie. Bo ta rura, no właśnie. Ta rura może wyjść na brzeg tylko w Rumunii - Rumuni jej nie chcą, albo w Turcji - no, wiadomo, no fuckin’ way. Albo w Bułgarii.
A Bułgarzy się dowiedzieli o tym z gazet wczorajszych.


Ruscy mogą jeszcze jednej rzeczy nie wiedzieć - że Bułgarzy kręcą głowami na nie i na tak całkiem inaczej niż reszta Europy. Wot, kakaja konfuzja.
PS. Oczywiście, jak popatrzymy na mapę, to widać, że można by rurę poprowadzić wcale nie przez morze, tylko z Rosji lądem do Turcji, a dalej lądem (tureckim) do Europy. Kłopot w tym, że po drodze z Rosji do Turcji jest taki kraj, który nazywa się Gruzja, a Rosja robi bardzo wiele w ciągu ostatniej dekady, żeby mieć z Gruzją jak najgorsze stosunki, od podsycania separatyzmów po zbrojną napaść. Zachodzę w głowę, czy na Kremlu są sami socjopaci, czy to jakaś wyrafinowana gra, miotanie się pijanym wielkim krajem od ściany do ściany.
PS2. Czekam na kolejny kosmiczny projekt Rosji, gazociąg "Siła Syberii" do Chin. Na razie na triumfalne zapowiedzi, że Rosjanie za chińską kasę zbudują gazociąg do Chin, Chińczycy odpowiedzieli 谢谢, sie-sie, zbudujcie za swoje, a jak rura dojdzie do granicy i cena będzie dobra, to może kupimy. Więc, rad-nierad, Gazprom szuka kasy, bagatela, jakichś 20 mld USD, a może się okazać, że i 30. W rublach od początku tego pomysłu projekt dzięki samemu spadkowi wartości ruskiej waluty zdrożał już dwukrotnie, a nie zrobiono praktycznie nic.