Dziś blog wspiera:

środa, 17 lutego 2016

Kwitologia polska, czyli co kto ma na Ciebie

Obśmiałam na fejsie (https://www.facebook.com/johanna.haase.10) akcję wydobywania kwitów Kiszczaka od wdowy po tym panu, w odwecie za jej próbę sprzedaży teczki TW "Bolka", czyli jakichś kwitów sprzed 40 lat na Wałęsę. Rozbawiło mnie to o tyle, że skoro archiwista Kiszczak trzymał u siebie takie rzeczy, to niewykluczone, że miał też dokumenty innych osobistości życia publicznego, np. Jarosława Kaczyńskiego, który wszak sam twierdzi, że był ważnym opozycjonistą w latach 80., i który też był pracownikiem Wałęsy w jego pierwszej Kancelarii Prezydenta, za czasów pana Wachowskiego i innych, o których satyrycy mówili, że to nie postać, tylko posiedzieć.


Jeden z zaprzyjaźnionych komentatorów na fejsie wyraził wątpliwość. "Kaczyński nie był nikim ważnym", napisał, "oni nie zbierali kwitów na wszystkich".
No więc opowiem, jakie są moje doświadczenia w tej kwestii.
***
Był, jak dziś mi się wydaje, pamięć jednak wygładza i idealizuje takie wspomnienia, był chyba jakiś ładny kwietniowy dzień, dobre trzydzieści lat temu, w radosnym nastroju poszłam do szkoły, nie, żebym była jakąś pilną uczennicą, czy prymuską, ale akurat nie miałam powodów do zmartwień.
Na pierwszej lekcji miała być klasówka z chemii, byłam z chemii słaba i jej nie lubiłam, ale tym razem miało być łatwo, kwas siarkowy, siarkawy, związki siarki, akurat tego się nauczyłam, więc klękajcie narody, licealistka, obryta, kwiecień, słońce świeci, świat jest wspaniały.
Po jakichś 20 minutach klasówki drzwi od klasy się uchyliły. Wszyscy zobaczyli, że stoi tam Tadzio Grabski*, dyrektor ogólniaka, wskazuje na mnie palcem i scenicznym szeptem mówi, ty, chodź. Ja, panie dyrektorze? Chemik się zainteresował, stanął wpół drogi między mną a drzwiami, o co chodzi? Niech ona wyjdzie, mówi dyrektor. Ale panie dyrektorze, mówię, klasówkę piszemy. Wiem, wiem, ale trudno, chodź.
Zamknął za mną drzwi, podeszliśmy do schodów, trochę dalej od klasy, słuchaj, dziecko, milicja tu po ciebie była. Po mnie? Milicja? No tak, powiedziałem im, aaaa, Joaśka, ona, udawałem, że dzienniki przeglądam, jej dziś nie ma w szkole, ma zwolnienie, ale niestety oni chyba pojadą po ciebie do domu, w każdym razie mówili, że masz się do nich zgłosić, jak się pojawisz w szkole. Tu masz adres, czeka na ciebie jakiś porucznik Bochniak.
Wróciłam do domu, zostawiłam rodzicom kartkę, gdzie się wybieram, pojechałam, miałam ten moment zawahania, czy brać szczoteczkę do zębów. Dyżurka, dyżurny, czego, aaaa, Bochniak, tak, skieruj się do pokoju 17, i to nie była milicja, tylko siedziba Służby Bezpieczeństwa. I powitanie: Co to kurwa za nielegalna działalność, jakieś szkolenie z minowania torów? 
Tak, działalność w nielegalnej drużynie harcerskiej, to mogło być podciągnięte pod próbę obalenia ustroju siłą oraz działalność zbrojną skierowaną w podstawy państwa, zwłaszcza, że była to drużyna o zacięciu wybitnie militarnym. Ale harcerstwo, skauting, takie przecież miały korzenie, te mundury khaki, te łącznice polowe, skoki spadochronowe, musztra, marsze na azymut, ten cały harcerski powrót do korzeni, który się odbył w latach 1980-81, pałatki, lilijki, leśne szkoły przetrwania, obrzędowość, tak, to mogło w takich tępogłowych bucach z SB budzić jakieś skojarzenia z, bo ja wiem, partyzantką?
No i zostałam licealną obalaczką ustroju siłą. Jasne, że były jakieś przesłanki, na przykład przyszłam na 1 maja rok wcześniej w stroju fanki Republiki, czarno, czarno, czarno, z białymi wstawkami, i wicedyrektor Żaczkowski przyleciał, co ty kurwa, strojem protestujesz przeciwko socjalizmowi? A nie był rok 1952, tylko jakiś 1983 czy coś. No więc były przesłanki, no i ktoś nas widział, jak gdzieś w szczerym polu jakiś kabel koloru maskującego ze zwijaka plecakowego koło torów rozwijaliśmy i podłączaliśmy. Może tak było, jak mówisz, ty pizdo, że to był zwijak telefoniczny i kabel podłączany do aparatów MB-66, a może ćwiczyliście wysadzanie pociągów?
Siedziałam tam długo, do wieczora. Koło szesnastej, jak się zaczęłam skarżyć, że jestem głodna, pan porucznik Bochniak powiedział, żebym "wypierdalała do spożywczego, kupiła se kefir i bułkę, wdupczyła i wracała w podskokach", co zrobiłam. Potrzymał mnie jeszcze ze dwie godziny (faktem jest, że sporo czasu zajmowało mu powtarzanie moich słów do protokołu jakiemuś młodemu, co stukał na enedrowskiej Optimie przez kalkę protokół jednym-dwoma palcami), i w końcu wróciłam do domu.
***
Dobre 10-12 lat później, jako młoda reporterka (no, nie przesadzajmy, około trzydziestki), jeździłam po różnych małych miasteczkach Małopolski. W jednym z nich byłam umówiona na wizytę we wzorcowym gospodarstwie rolnym, chciałam napisać o ich sukcesach w przekształceniach, eksporcie, rozwoju, pierdupierdu, zaanonsowałam się też wójtowi, że jak skończę u gospodarzy, to bym jeszcze do niego wpadła, może coś tam w jego gminie się dzieje, o czym warto napisać.
Przyjechałam, lato, niebo siarczyście błękitne, wjeżdżam na rynek, upał, a tam delegacja urzędników, wójt, zespół regionalny w strojach ludowych, przyjaźnie uśmiechnięci rolnicy, dyskretnie radiowozy policji i straży gminnej, gra strażacka orkiestra. Myślałam, że trafiłam na festyn ludowy, ale nie, podbiegają dzieci w strojach ludowych, chleb, sól, witają. Na mnie czekali.
Pan wójt bierze mnie pod łokieć, trochę tak za cycek, prowadzi wzdłuż szpaleru, pani Jadwiga, skarbnik gminy, pan Czesław, biznesmen w branży skór i futer, a tu nasz działacz kulturalny i animator, pan Bochniak.
- O, witam, panie poruczniku.
Impra się trochę skwasiła, jak to, haha, ale chyba pani mnie z kimś myli, panie poruczniku, 8 godzin się panu przyglądałam, ależ niemożliwe, no dobrze, to może później, a teraz łoj dana dana.
Pod wieczór, jak już wszyscy byli kompletnie pijani, ja, władze gminy, urzędnicy, zespół regionalny pieśni i tańca, biznes miejscowy i ministranci, strażacy, 100-osobowa załoga wzorcowego gospodarstwa, poszczególne tancerki ludowe kopulowały w krzakach z wzorowymi rolnikami, księgowe PGR rzygały, wójt leżał w misce z sałatką śledziową, podszedł do mnie Bochniak, nawalony, ale rzeczowy.
- Jeeeessss mi strasznie pszikro, ale ja pani już nie pammmmiętam.
- Ja pana pamiętam.
- Wie pani, jakby mi pani mogła gnoju nie robić, bo ja mam w papierach, że byłeeeem u... uuu... urzędnikiem państwowym.
- Pomyślę, dziś nie chcę już się nad tym zastanawiać.
Pijany pilot z miejscowego ośrodka agrolotniczego wiekowym, niemiłosiernie brudnym Mi-2 używanym do oprysków (miał problem, żeby wsiąść do śmigłowca, a ten z kolei wyglądał, jakby opryskiwał pola smołą, był tak obesrany grubą skorupą czegoś czarnego i zaschniętego) odstawił mnie w środku nocy nielegalnie do domu, lądując na szkolnym boisku nieopodal mojego osiedla, jaaaaaaa nie daaam rady? pani paaaaaaczyy, pani redaktor, tylko nie... nie.. niech mi pani mówi, czy tu sssssssą jakieś przewody, bobobobobo nie widzę po ciemku.
(Chryste Panie, nie wiem, czy mam to kiedyś w życiu dzieciom powtórzyć)
***
Po paru tygodniach przyszła refleksja, zaczęłam szperać, potem pojawił się IPN i okazało się, że mam całkiem sporą teczkę. Porucznik Bochniak okazał się bardzo miłym i niezwykle szybko i przykładnie współpracującym informatorem. Wyszło, że kapowała na mnie moja wychowawczyni (co mnie zdziwiło, bo choć nie było między nami sympatii, to jednak uważałam ją za osobę przyzwoitą), nauczyciel od wychowania technicznego, geograf, wicedyrektor szkoły. Niektórzy, jak geograf, tylko odpowiadali na pytania, gdy byli pytani; inni, jak łysol od prac technicznych, sami ochoczo lecieli z donosem. Równocześnie kapowali na wszystkich wokół - wicedyrektor na historyka, że jest pedałem i podrywa chłopaków, łysol od WT na chemika, że bzyka plastyczkę, a plastyczka na fizyka, że wynosi zupy ze szkolnej stołówki do domu.
SB miała przez jakiś czas jazdę na moim punkcie, chodzili wszędzie, jak się zapisałam na kółko gitarowe, to sprawdzali wszystkich na kółku i repertuar (no bo wiadomo, cośmy tam grali), jak się zapisałam na kółko literackie, to domagali się przeglądu wszystkich prac przez nas tam pisanych (fortunnie siedziba kółka znajdowała się 50 m w linii prostej od siedziby SB, więc chudy polonista nie musiał z naręczem zeszytów daleko dymać). Jak poszłam na giełdę znaczków, to przez trzy tygodnie wysyłali tam smutnego starszego pana z klaserem, żeby sprawdził, o co chodzi i czy może druków jakichś nie rozpowszechniam.
***
Sądzę, że SB w moim przypadku szła na ilość. Nie wiem, może się nudzili, a taka barwna postać (hi, hi) dała im możliwość wykazania się, zarzucenia szeroko sieci, a nuż się coś wyciągnie. W mojej ocenie - gówno wyciągnęli, zamknęli mi zresztą tę teczkę już w 1987, pewnie byłam nierokująca, no, ale może dostawali premię za każde kolejne koło na wodzie, które wywołałam. W mojej teczce pojawiło się - w charakterze źródeł informacji, kontaktów, potencjalnych obiektów do rozpracowania - blisko 40 kolejnych osób, znajomi, koledzy szkolni, rodzina, nauczyciele, harcerze i instruktorzy harcerscy, jak trędowata szłam i zarażałam wirusem esbecji wszystkich dookoła.
Ale dzisiaj, jak słyszę, że na Kaczyńskiego mogą nic nie mieć, bo przecież "nie był nikim ważnym", to myślę, ludzie, Kaczyński nie był nikim ważnym? Mimo wszystko było pewnie z tysiąc razy ważniejszy ode mnie, licealnej wariatki i harcerki grającej antyustrojowo i prowokacyjnie "Obławę" gdzieś na peronie prowincjonalnego dworca.
*) Nazwiska w tekście zmienione.