Dziś blog wspiera:

czwartek, 21 stycznia 2016

Na północny wschód od Polhory



Był chyba lipiec, okołopołudnie, patrol szedł w milczeniu wąską ścieżką w stronę Hali Kamińskiego, wokół nas rosły borówki, gęste, krzaki, zbite, wysokie aż do pasa, nieustająco lało. Kiedy wychodziliśmy rano z Korbielowa, wzdłuż koryta Krzyżówki, stromo pod górę w stronę Oravskiej Polhory, zaczynało siąpić, tym parszywym ni to deszczem, ni to mgłą, w którą się wchodzi i nagle czujesz, że pod nieprzemakalną pałatką, pod panterką, pod dresem masz mokro.

Od trasy na Polhorę, od granicy, odbijaliśmy normalnie, drogą graniczną, brzegiem hal, Hala Czarna, Hala Kamińskiego, przez Małą Babią i przełęcz Brona na Markowe Szczawiny, taki był plan na dziś, tylko że lało i wszyscy byliśmy głodni.

Mieliśmy w tornistrach resztkę żarcia: siedem jugosłowiańskich konserw wojskowych z klopsami do podgrzania w kotle. W każdej konserwie było dużo sosu i dwa dorodne klopsy, ni to baranina, ni to wołowina, wrzucało się do kociołka z wrzątkiem całą puszkę, gotowało 15 minut, potem otwierasz i prosto z puchy jesz gorące klopsy, chleb maczasz w paprykowo-pomidorowym sosie, pycha. Otwieranie gorącej puszki było pewnym wyzwaniem, ale standardowy nóż 6H4 dawał radę.
Tylko, że było nas dziesięcioro, i te klopsy to było ostatnie nasze żarcie na trasie aż do Jordanowa, przed nami była jeszcze Babia, Krowiarki, całe pasmo Policy, co najmniej dwa dni marszu, a uczciwie byłoby się przed sobą przyznać, że może i cztery.

I jeszcze mieliśmy dwie foremki chleba, chyba miał już ze trzy dni, ale dawał się jeszcze jeść, zwłaszcza z sosem z klopsów, i musztardę. Jezu, nie wiem, skąd mieliśmy musztardę. Na śniadanie zjedliśmy trochę chleba z musztardą.

I był rok 1983, jeśli rozumiecie, co to znaczy, w kontekście pomysłów "iść do sklepu i kupić".
Od trzech dni w dodatku dostawaliśmy meldunki o jakimś oszalałym niedźwiedziu, który przelazł ze Słowacji i dokonywał dzieła zniszczenia w stadach owiec po naszej stronie. Widzieli go nad Koszarawą, pod Jałowcem, a nawet w Zubrzycy i Sopotni. Straszyli nas nim wcześniej, na Rysiance, na Hali Boraczej, pod Pilskiem, goprowcy, wopiści, drwale, leśnicy, wszyscy opowiadali o strasznym słowackim niedźwiedziu mordercy. Kręcił się więc gdzieś dookoła nas.

Minęliśmy Głuchaczki, szliśmy wzdłuż granicy, ziemia już jęczała pod ścianą deszczu, niby lipiec, ale było najwyżej 15 stopni, więc szliśmy, słychać było tylko chrzęst butów, szum deszczu i jękliwe, sprężynujące odgłosy wyginającej się na wietrze wielkiej anteny naszej poobijanej plecakowej astry r-105 niesionej przez kogoś z tyłu.

***
Zobaczyliśmy szałas jeszcze przed wejściem na halę, na lewo od ścieżki, nieco w dół, właściwie moglibyśmy go minąć, gdyby wiatr nie przesunął na chwilę wielkiego kłębu mglistej waty, przez który się przedzieraliśmy, kłąb ustąpił, i zobaczyliśmy tę mizerną chałupinię, między belkami spore szpary, dach mocno niekompletny, ale z komina leciał rachityczny dymek i była to dobra propozycja na ten czas.

Zeszliśmy tam powoli, brnąc przez wysoką trawę, gdzieś niedaleko słychać było słabowite, żałosne pobekiwanie owiec, musiały być z 50 metrów dalej, ale nic, nic, mgła, wata, mleko, skłębione bałwany zimnej wody dryfującej w powietrzu. W butach nam zaczynała chlupać woda, wchodziły w mokrą trawę i nasiąkniętą ziemię jak przyssawki, odrywały się z mlaśnięciem.
Drzwi chałupiny były ledwo przymknięte, z bliska słychać było stękanie, przepite głosy, czuć było męski wielodniowy smród, potu, pachwin, ten najgorszy zatykający smród spoconych nóg, przetrawionej wódy, nigdy nie pranych owczych swetrów, zaduch popularnych i klubowych, i jeszcze jakiś smród, mdlący, słodki, śliski.

Rozstawiliśmy się wokół wejścia, plutonowy zastukał, w zasadzie walnął dwa razy w drzwi, krzyknął, kto i po co, i energicznie otworzył drzwi, żadnego pierdolenia, proszenia, dzień dobry, weszliśmy.

Było ich czterech, żylastych, najstarszy miał pod sześdziesiątkę, co było oceną konwencjonalną, miejską, mógł w sumie mieć i czterdzieści pięć, życie tu nie było bajką, mało kto miał komplet zębów po trzydziestce, tu ciągle młode kobiety umierały od gorączki połogowej, rodząc w jakichś chlewach znienacka, tu młodych pijanych mężczyzn rozrywały brony i młockarnie, więc mógł mieć czterdzieści pięć albo sześćdziesiąt pięć, teraz stał, w pół obrotu w lewo, zdziwiony uśmiech, z siekierą w ręce.

Dwaj młodsi mieli może czterdzieści, a może dwadzieścia, jak wyjęci z filmów Cohenów, co myślę teraz, bo wtedy żadnych Cohenów nie oglądałam, sękate dryblasy z brodami, we flanelowych koszulach, z rękami w kieszeniach, z papierosami przyklejonymi śliną do dolnych warg, patrzyli pod nogi starszego, krytycznie, ocennie, sceptycznie, na walające się flaki i na tryskającą z poderżniętego gardła krew.

Najmłodszy, chudy, o szczurzym pysku i głębokich oczodołach, z wydatnymi, zrośniętymi na czole brwiami, siedział po prawej w kącie, podziwiał całą scenę, na kolanach trzymał, w poprzek, o kurwa, kniejówkę z Ceskiej Zbrojovki.

Dwie krótkie lufy, a w każdej co innego, słyszeliśmy o tym, w górnej gruby śrut, w dolnej breneka, na krótki dystans była to mieszanka zabójcza, poniżej 40 metrów nie należało do kniejówki podchodzić, a my byliśmy właśnie trzy metry od niej.

Cztery sekundy trwało może to zawieszenie czasu, stary powrócił do przerwanego półobrotu, uniósł rękę z siekierą odwróconą obuchem, ręka wolno, ale coraz szybciej opadła i uderzyła w czaszkę drgającej owcy z mokrym pochrzęstem, zwierzę znieruchomiało na zwłokach dwóch innych owiec, ten słodki smród to była krew i flaki, wszędzie się walały purpurowe i zielone jelita, czerwone ścięgna, oprawione zezwłoki trzech kolejnych owiec leżały w drewnianym korycie pod ścianą.
Stary rzucił siekierę, powoli się odwrócił, popatrzył na nas, zrozumiał, że nas troje w środku to tylko część grupy, która stała na zewnątrz, żył wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że ich chwilowa przewaga bardzo szybko by stopniała, my też mieliśmy żelastwo, trzy margoliny, trzy pięciostrzałowe brno-2 i jeden nowiutki, świeżo wypakowany w stanicy z natłuszczonych pergaminów AKM-74, tak, ich przewaga by kurewsko szybko stopniała, i powoli na zarośnięty, pomarszczony pysk wypełzł mu nieszczery uśmiech, takie rozciągnięte wargi, z zimnymi, taksującymi oczami.

- Witejcie, a siadnijcie se, bo straśnie siompa.

Powoli, w milczeniu, wtłaczaliśmy się do chatki, po lewej, za cienkim przepierzeniem z desek, zrzucaliśmy sprzęt, rozstawialiśmy cholerny spirytusowy kocher, górale cofnęli się nieco, żeby zrobić nam miejsce, bez słowa usuwali resztki pozabijanych zwierząt do brudnych misek, patrzyli ponuro na nas, chrzęszczących sprzączkami skórzanych i parcianych pasów, wyciągających kuchenki, czajniki, zawilgoconą herbatę znad Ussuri, czy spod Ułan Ude, czy skądś, gdzie herbata nie ma prawa się udawać, i nie udawała się, niepowtarzalna sowiecka herbata, nigdy nie wiedziałam, czy wyjdzie słomkowa, czy przeciwnie, czarny, gęsty kompot o heroinowym smaku i zapachu, najgorsze były te kawałki drewna, te gałęzie, te patyki, można było poranić podniebienie, przebić język radziecką herbatą.

***
Z naszych mundurów i peleryn unosiła się para wodna, chatka, choć ażurowa, zmieniała się w saunę, ale smród jakoś zelżał, albo go oswoiliśmy, do plutonowego dosiadł się stary, grzecznie poczęstował klubowym, uprzejmie łyknął herbaty, jest sprawa taka, bo tu niedźwiedź grasuje i łowce bije.
Jak niedźwiedź łowce bije, jak wy łowce bijecie, przecież widzieliśmy, no nie trzeba było tego mówić, zapadło takie długie niezręczne milczenie, zrobiło się jakoś mrocznie, jak my bijemy, w końcu powiedział stary, my tylko dobijamy te poharatane przez niedźwiedzia.
Wiedzieliśmy, w co tu się gra, rżnęli owce aż miło, co sezon taki niedźwiedź się pojawiał, co trzebił stada, schodzili do dolin i pokazywali te skóry, te łby, te flaki, no fakt, osiem owiec ubitych nad Krzyżową, a tam sześć, a pod Jeleśnią jeszcze dwie.

- No to może i niedźwiedź - ugodowo powiedział, mocnym, czystym, jasnym głosem plutonowy, głosem chłopaka, który mówi, tak jest, panie poruczniku, będzie załatwione, dwa palce do hełmu.
Stary popatrzył na nas, popatrzył na swoich kolegów, stęknął, wstał, splunął, poszli do kąta, do tego młodego z kniejówką, cały czas zastanawiałam się, czy jest nabita, pomruczeli coś, odwrócił się i już szedł do nas, już niósł emaliowaną olkuską miskę, a w niej całą, skrwawioną, może dwudziestkilową tuszkę jagnięcą, z oskórowanym łbem i melancholijnie wytrzeszczonymi martwymi, czarnymi oczami półrocznej owcy.

- Cecie łowcy cy sikierom, jak nie weźmijecie, to bedziemy sie bić - oznajmił po prostu. Mieliśmy być współwinni. Mieliśmy też być nażarci. Na Markowych Szczawinach dalibyśmy tej jagnięcinie spokojnie rady, nasmażylibyśmy kotletów na dwa dni.

Wzięliśmy.