Dziś blog wspiera:

czwartek, 9 czerwca 2016

Dwa minusy, czyli Plus

Dwadzieścia lat byłam w Plusie. Dwadzieścia, i wystarczy.

Plus, czyli Polkomtel, dostał koncesję jako pierwszy polski operator GSM, wiosną 1996. Sieć wystartowała w październiku 1996. W listopadzie miałam pierwszy telefon, to, co Plus wtedy miał najlepszego, czyli taki dziwny Sagem czy tam Alcatel bezantenkowy, co było niezwykłym novum, jakieś francuskie barachło, które na jednym ładowaniu baterii wytrzymywało tak mniej więcej do wieczora. Był to duży krok wstecz w stosunku do mojej poprzedniej Nokii Talkman 620, ale Nokia ważyła nieco ponad 2 kilo, miała dołączaną dodatkową antenę o długości półtora metra oraz akcesoryjny plecaczek w stylu militarnym, a to francuskie ścierwo ważyło góra 30 deko i mieściło się w torebce.

Więc jesienią tego roku byłoby 20 lat w Plusie. Ale nie będzie.

Potem, w 1997, jakoś szybko przesiadłam się na Ercissona, GA628, jeszcze go gdzieś mam w szfladzie biurka chyba. Były do niego dwie baterie, ta oryginalna wystarczała na jakiś tydzień czuwania, a ta cienka, którą sobie dokupiłam jako bajer, trzymała pałer koło trzech dni. No, dzięki tej oryginalnej Ericsson zyskał wśród moich znajomych ksywę "żelazko". Ten Ericsson był jednym z pierwszych telefonów, które można było "personalizować", przez nałożenie kolorowego panelu na knefle. Jakieś 90% ludzi miało niebieskie, bo takie były w zestawie. Szukałam kilka miesięcy żółtego panelu bezskutecznie, aż zmieniłam telefon na kolejny.

Potem przelotnie miałam jakieś Motorole StarTAC, ale klapkowość do mnie nie przemówiła. Strasznie chciałam mieć tego pierwszego Siemensa z mp3, ale trafiła mi się Nokia 6210, którą jakoś tam zaakceptowałam, więc uznano w korpo, że "Haase lubi Nokie" i po chwili dostałam tę 6310i, która chyba z Nokii była najudańsza, acz łączenie się z netem na PowerBooku było bolesnym wrzodem na dupie i ćwiczeniem cierpliwości. 6310i pozbyłam się ze śpiewem na ustach, kiedy Sony Erisccon wypuścił T68, Jezu, wreszcie iSync działał bezboleśnie po BT (a i ten doczepiany aparacik miałam, co to robił jakieś mikroskopijne portreciki pamięciowe, bo przecież nie zdjątka). Co ciekawe, tę starszą Nokię 6210 miałam z zestawem słuchawkowym w aucie przez bardzo długi czas, kiedy już z SE T68 przeszłam przez kolejne Soniaki (z sześć modeli) aż do takiego super-hiper, hajendowgo SE C905 (nawet dziś bym sobie takiego kupiła, świetne zdjęcia, doskonałe aplikacje, bardzo odporna obudowa, elegancki, może to jest jakiś pomysł), no a potem już były ajfony.
I wszystko w Plusie. Geez, nawet kupę ludzi tam znałam, od zarządu, przez marketingi i działy techniczne, po cieci. I mam dosyć, i do widzenia.

Bo co?

Bo to. Jak masz telefon w Plusie, to masz konto na tej ich zasranej Muzodajni.

Mi tam muzyczność Muzodajni zwisa dorodnym kalafiorem, ja mam swoje gusta i jakieś 2 albo 3 tys. płyt w domu (winyli, cedeków, kaset, empetrójek kupionych w iTunes Music Store etc.), więc nie muszę tego od nich ściągać. Ale mieli audiobooki.

Tych należnych mi utworów do bezpłatnego ściągnięcia miałam kupę, a jeszcze tam dokupiłam jakąś pulę. Musicie wiedzieć, że złodziejsko-cwaniacka koncepcja Muzodajni odnośnie audiobooków polegała na tym, że dzielono każdą płytę z audiobookiem na jakieś 20 czy 25 odcinków, i każdy był osobnym "utworem". Czasem w pół rozdziału, czasem jeszcze mniej. Np. książka mająca 30 rozdziałów była dzielona na trzy cedeki, a każdy z nich na 25 utworów - razem 75 utworów. Jak masz bezpłatną pulę 25 utworów miesięcznie, to wystarczy na ściągnięcie dwóch całych płyt z muzą, albo 25 pojedynczych utworów, albo, no właśnie, np. 1/3 audiobooka.



Ponieważ jednak pochłaniam wielki ilości książek, czytam równocześnie analogowo dwie albo trzy, jeszcze ze dwie cyfrowo, np. mam żelazny zapas na telefonie i na iPadzie, jak mi się nudzi w autobusie czy w starbuniu, to sobie te moje Fandoriny czy Grimesy wyświetlam. No, a jak jadę autem, albo jak przysypiam na kanapie, to jeszcze myk, słuchaweczka, i audiobook leci.

No i pewnego pięknego dnia Muzodajnia postanowiła, że dobre zastąpi lepszym, i zrobiła nowy interfejs. Jak widzicie, można se przeglądać gatunki. Czego nie ma? Audiobooków. W jami sposób się o tym dowiedziałam? Plus poinformował swoich klientów, że za miesiąc zlikwiduje? Albo, że właśnie zlikwidował? Wysłali info "od dziś wywalamy audiobooki"? A gdzie tam. Weszłam sobie na stronę i odkryłam, że nie ma.

One tam fizycznie były. Nie można było po prostu przenawigować do konkretnej powieści, trzeba było w pole wyszukiwania wpisywać na chybił trafił - może mają Cobena? a jak nie, to może Gerritsen? albo Archera?, a jeszcze musicie wiedzieć, że to nie takie banalne, nigdy nie wiecie, o czym słabo wynagradzany znudzony product manager Muzodajni myśli i czy w ogóle myśli, kiedy raz podaje nazwisko autora jako Mankell, a raz jako Mankel, kiedy uznaje, że Conan Doyle będzie raz Arthurem, a raz Arturem, a przygody mogą być Holmes'a, podczas gdy wspomnienia są Holmesa. A wiecie, że wg Muzodajni są dwaj szwedzcy autorzy, jeden nazywa się Henning Mankell, a drugi Mankell Henning (ten drugi to chyba Węgier, ha, ha, taki hermetyczny żarcik polonistyczny). Ale nic, wyszukiwałam, ściągałam, no i napisałam do tych ćwoków, że coś im się zjebało, że nie ma książek w gatunkach i że może trzeba to poprawić. Ale to już był minus, już tu się czułam jak wśród bydła, któremu w tępe ślepia trzeba tłumaczyć oczywiste rzeczy, bez nadziei na zrozumienie.



I wiecie co? Poprawili. Poprawili na amen. Wywalili książki po cichu zupełnie. No, nie ma. Mam jakieś książki ściągnięte w 1/3 czy w połowie, mam się walić na ryj, bo już je usunięto i więcej nie będzie, i uprzejmie uprasza się spierdalać na bambus. Bo co? Bo gówno. Tak sobie hipotetycznie rekonstruuję rozmowę z Muzodajną, bo Muzodajnia ma klientów w dupie i na maile nie odpowiada. No, może odpowiada, ale ja czekam na odpowiedź drugi miesiąc, i to mnie chyba upoważnia do stwierdzenia, że - nie odpowiada. Jak odpowie za miesiąc, chętnie sprostuję, że nie, że odpowiada w rytmie kwartalnym czy coś.

To znaczy, wiecie, jak piszę "ciule z Muzodajni wywaliły audiobooki", to nie mam na myśli, że zupełnie. Coś tam te ćwoki zostawiły, bo wiecie - oni nie wiedzą, co gdzie mają, więc nawet nie są w stanie skutecznie wywalić. Nie ma więc już "Niespokojnego człowieka" Mankella, ale jest np. "Der gewissenlose Mörder Hasse Karlsson".

Nie ma już "Znaku czterech" Artura Conana Doyle'a, ale ciągle jest "Das gefleckte Band - Ein Sherlock Holmes Abenteuer (Ungekürzte Lesung)" Arthura Conana Doyle, "Der blaue Karfunkel" tegoż autora, a jak ktoś ma potrzebę odetchnięcia od mowy Goethego, to jest "The Adventures of Sherlock Holmes". Co ciekawe, Arthur CoDo (https://muzodajnia.pl/artists/1132000/arthur-conan-doyle) pisał głównie po niemiecku - Muzodajnia ma setki plików książkowych w tym języku, np. cała książka "Sherlock Holmes, Edition 1" (WTF?) podzielona jest magicznym sposobem na 181 rozdziałów, a każdy z nich o idealnej długości 2 minuty i 22 sekundy, intrygujące. Natomiast inny autor, o łudząco podobnym nazwisku Artur Conan Doyle nie opublikował niczego: https://muzodajnia.pl/artists/1347841/artur-conan-doyle - w przeciwieństwie do trzeciego (bracia?) Artura Conana Doyle, który jest autorem Psa Baskerville'ów, o dziwo, po polsku: https://muzodajnia.pl/artists/982151/artur-conan-doyle (pewnie teraz to też usuną). Poszukując "Dżumy w mieście Breslau" (nie ma, była) natkniecie się na "opracowanie" Dżumy Camusa (https://muzodajnia.pl/album/14910/dzuma-opracowanie), zawierające kilkaście zerosekundowych utworów.



No i tak dalej. Ponieważ cały ten burdel z książkami w Muzo- był dla mnie powodem do wk... się i do poczucia, że jestem kretynką, dając się tak traktować, uznałam, że dwadzieścia lat wystarczy. Wal się Plusie, idę gdzie indziej. Wiem, że to bez znaczenia, bo teraz Plus stawia na kibolstwo, a kibolstwu jakieś książki przydają się tylko wtedy, jak są to książki telefoniczne, którymi można nap...dalać tamtych z przeciwnej drużyny. Tym bardziej mi z wami nie pod drodze.


PS. Solorzowcy, jest takie powiedzenie: jak nie potrafisz, nie pchaj się na afisz. Zostańcież przy swoimch ambitnych działaniach takich jak sekundowe naliczanie impulsów, bo sprzedaż cyfrowego kontentu was przerasta.